WESPRZYJ TERAZ

Dr Helena w mediach

Urszula Pacześniak 
Źródło: Rzeszowski Biuletyn Lekarski, r. 2010 

Scenariusz medyczny w Indiach pisany jest przede wszystkim przez biedę, brud i … głupotę. Głód wyziera z oczu ludziom, których mija się na ulicy. Czasem ciężko było nam jeść cokolwiek przy nich - tak wychudzonych… Dla trądu, gruźlicy, obecnie także AIDS - niedożywienie, wszechobecna nędza - to idealne środowisko rozwoju. Pani Doktor prowadzi przy współpracy z WHO walkę z tymi trzema wciąż groźnymi chorobami. Poza tym jest bohaterem, jeśli chodzi o tępienie głupoty i zacofania wśród braci Hindusów. Jedna sytuacja utkwiła mi mocno w pamięci. Pracowaliśmy w przychodni. To znaczy – Pani Doktor rozmawiała z pacjentami i planowała terapię, a następnie tłumaczyła nam – wolontariuszom - co im dolega. Pojawiła się para z dzieckiem na rękach. Dzieciątkiem. Okruszkiem. Maleństwem. Kruszynką złożoną ze skóry i kości. Główką nieproporcjonalnie dużą, która ledwo unosiła lekkość reszty ciałka. W mojej głowie – schemat reanimacji dzieci! A w oczach strach i łzy jednocześnie! Chciałam je im wyrwać… wyrwać z tej biedy, z tego okrucieństwa, i tego ich lekceważącego „nicnierobienia”. Jak się okazało, rodzice tego dziecka cierpieli na okrutną chorobę, przekreślającą wszystkie możliwości medycyny i siły nadprzyrodzonego cudu - cierpieli na tragiczną głupotę. Trzymali chore, odwodnione, ledwo żywe dziecko przez 3 tygodnie w domu. Dlaczego? Doktor Helena uniosła się świętym gniewem. Krzykiem i hinduskimi przekleństwami zmusiła ich do natychmiastowego transportu dziecka do szpitala. Przychodnia nie jest wyposażona w wystarczająco dobry sprzęt. W szpitalu otrzymali lepszą opiekę. A od tego czasu Doktor Helena stała się moim bohaterem. Przez dwa tygodnie w Jeevodaya przywiązałyśmy się do niej bardzo. Hojnie dzieliła się z nami swoim doświadczeniem życia w Indiach, tłumaczyła styl życia Hindusów, opowiadała o tradycji, kulturze i stosunkach między kastami. W zamian, stwarzałyśmy nieco polskości, np. gotując polskie pierogi.

Agnieszka Krześniak 
Źródło: www.miedzykulturowa.org.pl (r. 2010) 

Mami lub Mami-dzi - tak nazywają dr Helenę dzieci w Dżiwodaja. Wszyscy mieszkańcy i pracownicy Ośrodka szanują ją, a dzieci odnoszą się do niej z lekką obawą lub niekiedy lękiem. Udają się do niej, kiedy potrzebują pomocy medycznej lub życiowej porady. Czują przed nią respekt, bo Mami karci za niepunktualność, źle posprzątane podwórko, brak dbałości, nieprzestrzeganie reguł panujących w Ośrodku. Pacjentów strofuje za nie zażywanie leków według jej zaleceń, co osłabia efekty leczenia i prowadzi do marnowania się darmowych leków, z których inny pacjent mógłby skorzystać. 

Wszyscy jednak lubią ją i doceniają za to, co robi. Wiedzą, że jej wymagania wynikają z troski o dobro mieszkańców Ośrodka. Wiedzą też, że bez jej oddania, poświęcenia i pracy, zabiegów i wysiłków Ośrodek by nie przetrwał. Zarządzanie 500-osobową wspólnotą jest nie lada wyzwaniem, bo tu nie chodzi tylko o samo przeżycie, ale o przywrócenie ludziom sensu życia, umożliwienie im godziwej przyszłości dzięki edukacji na dobrym poziomie, opiece medycznej i zapewnieniu warunków bytowania w atmosferze wzajemnej życzliwości, akceptacji i miłości. 

Mami traktuje sieroty jak swoje własne dzieci. 12-letnia Savitri (zwana też Patrycją), dziewczynka cudem uratowana od śmierci głodowej, przychodzi po lekcjach do biura dr Heleny, aby pobyć ze swoją mamą. Wpada niezapowiedzianie, kiedy tylko czuje taką potrzebę. Zawsze czeka ją dobre słowo, zainteresowanie i miłość. Jako najbliższa osoba Mami, cieszy się jej szczególnymi przywilejami. Zawsze dostaje od niej coś dobrego do zjedzenia, jakiś smakołyk. 

Sneha (zwana też Czoti co w języku hindi znaczy „mała") i Annarani, trzyletnie dziewczynki porzucone przez własnych rodziców, również mają szczególne względy u Mami, która nie odmówi im uśmiechu, przytulenia czy jakiegoś cukierka. Wiele osób, które ukończyło szkołę w Dżiwodaja i usamodzielniło się, pamięta o tych wszystkich, którym tak wiele zawdzięczają. Zaglądają do Dżiwodaja, gdzie mają przyjaciół, odwiedzają dr Helenę i dzielą się najnowszymi wieściami i osiągnięciami.

Maria Magdalena Matusiak 
Źródło: Miejsca Święte, r. 2010, nr 10 

Ośrodek [Jeevodaya] był od początku pomyślany jako dom przede wszystkim dla dzieci: porzuconych, bezdomnych, kalekich, trędowatych, wreszcie zdrowych, ale z chorymi rodzicami. Ks. Wiśniewskiemu przyświecała idea rodziny i stał się on poniekąd ojcem trędowatych, dzielił z odrzuconymi życie – jak mówił – „by uczynić je bardziej ludzkimi oraz przybliżać wszystkim dzieciom i dorosłym wartości chrześcijańskie”, pokazać Najwyższego Ojca. 

Rodzina to także matka. W Jeevodaya mają ją wszyscy: niemowlęta, porzucone pod bramą, dorośli wyleczeni z trądu i młode dziewczyny z gruźlicą. Mami – tak się do niej zwracają – zawsze ma dla nich czas. Chucha na stłuczone kolana chłopaków, a pod ręką ma dla nich łakocie, wysłuchuje żalów nastolatek, karci maturzystów zaniedbujących naukę, młodym mężatkom radzi w sprawach dzieci i w języku hindi toczy długie rozmowy z załamującymi się mężczyznami. Skromna weranda przy mieszkaniu doktor Pyz, przewiewna i cienista, znajduje się w centrum Jeevodaya i jest naprawdę jej sercem. Choć ludzki strumień przepływa przez nią nieustannie, nie wywołuje to najmniejszego zniecierpliwienia u gospodyni, a każdy odchodzi stąd jakoś pokrzepiony. 

Lekarka z warszawskiej Woli mówi, że Jeevodaya jawiła się jej od początku jako klarowna droga. Ks. Wiśniewskiemu „chodziło o to, by trędowaci nie czuli się odepchnięci, ale traktowani jako integralna część społeczności. Żeby nie było podziałów na zdrowych i chorych. Żeby każdy na miarę swoich sił wnosił coś do wspólnoty”. „Ja to zrozumiałam – mówi dr Helena – owo ja tobie pomogę, ty możesz pomóc mi, jako krok ku pełnej rehabilitacji człowieka jako człowieka, a nie tylko pacjenta jako pacjenta. Czy dusza człowieka odrzuconego przez rodzinę podniesie się? Chcę z nim być, ale uzdrawia go Chrystus, nie ja. 90 proc. mojej załogi to trędowaci i to jest najważniejsze. Nie my jesteśmy dla nich, ale wszyscy razem jesteśmy dla siebie nawzajem, a takich, jacy jesteśmy, przygarnia nas Chrystus”. Ale to nie jest sielanka, a życie naznaczone piętnem dramatu. Odrzucenie chorych przez rodzinę i odrzucenie już wyleczonych skutkuje bowiem buntem psychiki: ucieczkami, aktem agresji, kłótniami, niekiedy pijaństwem. Wciąż powraca słowo „wykluczenie”. Upośledzone są nawet zdrowe dzieci trędowatych – nie przyjmie ich żadna szkoła… 

Mimo trudu zdawałoby się ponad siły i bólu, którego świadkiem i uczestnikiem pozostaje od ponad 20 lat, Helena Pyz jest pogodna, uśmiechnięta (smutek w jej oczach pojawia się, gdy odkrywa nowy przypadek trądu lub nie może już pomóc) i dowcipna, a w jej sposobie bycia nie ma pośpiechu, nerwowości czy znużenia. Co dzień czerpie bowiem ze źródła wody żywej: „Modlitwa to dla mnie najważniejszy moment. Msza św., modlitwa wieczorna. Trzeba się zatrzymać, żeby poczuć, że życie ogniskuje się wokół Dobra, którym jest Bóg. To staramy się przekazać naszym dzieciom”.

Anna Sułkowska 
Niedziela, 31 stycznia 2010, nr 5 

Dr Helena usłyszała, że po śmierci chorego kapłana-lekarza kilka tysięcy ludzi zostanie bez opieki medycznej i odczytała to jako wezwanie dla siebie. Kiedy tam przyjechała, bez przygotowania, bez znajomości lokalnego języka, bez prawa pobytu (miała jedynie 3-miesięczną wizę turystyczną, na którą czekała prawie 2 lata) poczuła, że to jest jej miejsce. Od tamtej pory wszystkie przyjazdy do Polski traktuje jako urlopy, a do Jeevodaya wraca jak do domu

Dr Helena przede wszystkim leczy, ale też wychowuje: słowem, nawet ostrym, częściej przykładem, a także zdobywa i rozdziela środki na funkcjonowanie ośrodka, którego jest skarbnikiem. Gdy przyjechała do Jeevodaya, prawie całkowicie ustała pomoc z Polonii – nikt nie potwierdzał otrzymanych darów, nie dziękował za nie i z czasem przestały przychodzić. Dotychczasowi darczyńcy też po prostu starzeli się, umierali. Trzeba było znaleźć nowych ofiarodawców. Był rok 1989. Pomoc z Polski okazywała się możliwa, a ludzka wrażliwość nie mniejsza. Z czasem powstał w Polsce Sekretariat Misyjny, zajmujący się organizowaniem i przekazywaniem pomocy dla Ośrodka Jeevodaya. Sukcesem okazała się akcja „Adopcja Serc”, rozpoczęta przez Jeevodaya, a obecnie podejmowana przez większość wspólnot i organizacji, które wspierają różne ośrodki misyjne. „Nie jesteśmy w stanie uratować całego świata i przejąć się biedą wszystkich głodnych, niemających szansy na naukę dzieci, ale jedno konkretne dziecko – tak, jednemu mogę pomóc!” – mówili ludzie, którzy po raz pierwszy usłyszeli o takiej idei. W Jeevodaya taką adopcją objęte są wszystkie dzieci mieszkające w internacie, maluchy – dzieci pracowników Ośrodka i sieroty oraz absolwenci uczący się w szkołach zewnętrznych. W sumie na koniec 2009 r. – 496 dzieci. Niektórzy już ukończyli uniwersytety, troje studiuje w Polsce i przeciera szlaki dalekich horyzontów i marzeń.

Kl. Robert Gawłowski 
Źródło: Salwator, nr 6/2010

Kl. Robert Gawłowski SDS: Przyjechała tu Pani jako lekarz, a jest Pani tutaj także matką, psychologiem, wychowawczynią, administratorem, opiekunem… 

Helena Pyz: Tak się stało, po prostu. Pan Bóg tak chciał, przygotował mnie do tego w taki niewidoczny sposób. „Królestwo Boże rośnie w Tobie, nawet nie wiesz, jak to się dzieje. Obyś tylko nie opóźniał jego wzrostu”. Takie zdanie zapadło mi kiedyś w sercu. Kiedy nie wiedziałam, co robić, Duch Święty podsuwał mi rozwiązania, czułam to. Przecież nie znałam się na wielu rzeczach, więc kto inny mógł mi podsuwać trafne myśli i decyzje? Tylko On. Zawsze tak było w trudnych chwilach. Skończyłam medycynę, ale nigdy nie przyjmowałam samodzielnie porodu, dopiero tu, w Indiach, tego doświadczyłam, modliłam się tylko: „Panie Boże, niech to dziecko przyjdzie na świat zdrowe” i tak się działo. Jeśli jakieś zadanie staje przed człowiekiem, to musi je wziąć w ręce, zaufać Bogu i już. 

Kl. RG: Skąd ta motywacja, skąd siły na każdy dzień? 

HP: Tu, za ścianą, mam kaplicę, tam nabieram sił i motywacji. Miłość do konkretnych ludzi jest dla mnie motywem życia i działania. Sama zastanawiam się, skąd ja mam te siły. Od 10. roku życia źle chodzę, z powodu wieku ubywa sił fizycznych, ale jakoś Bóg daje moc. I będę tutaj tak długo, jak długo będę miała siły i jak długo Bóg będzie mnie tu chciał, to zależy od Niego. 

Kl. RG: Czy jest coś, co Pani otrzymuje od tych ludzi? 

HP: Oczywiście miłość. Ona do mnie wraca, te dzieci mnie kochają, czuję się z nimi związana, widzę, że cieszy ich moja obecność. I tak sobie myślę, że do końca nie wiadomo, kto tu więcej tej miłości otrzymuje. Cieszą mnie owoce, które widzę, to już trzecie pokolenie chodzi tu do szkoły, ci, którzy się tu wychowali i pożenili, dziś sami wysyłają swoje dzieci. To jest piękne.

Leszek Wołosiuk 
Źródło: Wysokie Obcasy, 14 lipca 2001, nr 28 (12) 

Słowo „poświęcenie" nie jest dobre. Nie było pragnieniem mojego serca spełniać się pośród trędowatych. Na miejscu jednak polubiłam tę pracę, spodobała mi się idea ojca Adama. Miałam też trudne momenty i chociaż nigdy nie myślałam, żeby uciec, to czasem przychodziło do głowy: - Boże, po to przyjechałam, żeby patrzeć na oszustwa i kłamstwa moich podopiecznych? Po cóż przejmuję się nimi bardziej aniżeli oni sami sobą? Różnice mentalności, kultury, tradycji czy wreszcie systemu kast irytują Europejczyka. - Boże, jeszcze i tego muszę doświadczyć? - pytałam, kiedy ktoś mnie okradł. - Przecież to nie moje pieniądze, ale ich. Siebie okradają? Traktuję ich jak najbliższych i tym bardziej boli mnie ich nielojalność. 

Musiałam się wiele nauczyć o trądzie i o wspólnocie. Musiałam poznać języki hindi, chhattisgarhi i oriya, douczyć się angielskiego. Ośrodek poznawałam niejako od tyłu, z podglądu, nie byłam przygotowana do kierowania taką instytucją. Pomogło mi to, że od początku byłam zdecydowana nie „pochylać się" nad trędowatymi i „roztaczać opiekę", ale żyć z nimi. Po to, żeby ukazać im wartość życia, by odczuli, że odrzucenie ich przez środowisko nie jest ostateczne, że mogą liczyć na kogoś, kto z nimi pracuje, mieszka, je, modli się i jest z nimi stale, żeby poczuli się ludźmi. To mnie zachwyciło! Po dwóch miesiącach pobytu w Indiach wiedziałam, że to jest moje! A musiałam decydować o sprawach, o których wcześniej nie miałam pojęcia (...)

Wspólnota w Jeevodaya nie ma w sobie nic z „pełnienia dzieła Bożego", w którym zdąża się do własnej doskonałości. Jesteśmy ludźmi, najzwyklejszymi, czasem się kłócimy, ale stanowimy rodzinę, do której przychodzą osoby z rozmaitych kast, o różnym wykształceniu. - U nas nie ma kast - powiada ojciec Abraham, obecny dyrektor ośrodka, pallotyn hinduski. - Nie ma u nas jednej religii, ale jesteśmy jedną rodziną. Trędowatych. Nie chcemy oddawać się im, lecz być z nimi. W ośrodku pracują wszyscy. Trędowate kobiety gotują, trędowaty pielęgniarz robi opatrunki. W naszej rodzinie każdy dzieli się tym, co potrafi. Ojciec Abraham rozwinął ogród, ale ziemię kupił jeszcze ojciec Adam, aby zatrudniać leczonych, żeby był to jeden ze sposobów ich rehabilitacji. Nie chcemy, aby tylko dostawali, ale by również mogli coś dać, choćby pracę rąk. 

Karol Wrubel 
Źródło: Twój Styl, r. 1995, nr 10 

Helena Pyz nie miała wątpliwości dwa razy w życiu: gdy, niepełnosprawna, zdawała na medycynę i gdy postanowiła zająć się chorymi na trąd. Leczenie trędowatych w Indiach to duże ryzyko nawet dla miejscowych lekarzy. Ona nie żywi obawy, bo nigdy nie opuszcza rąk, nie poddaje się, nawet wówczas, gdy sytuacja wygląda beznadziejnie. (…) 

O Jeevodaya doktor Helena usłyszała przypadkowo, na imieninach u koleżanki od obecnego na nich księdza. Istniejący od końca lat sześćdziesiątych ośrodek dla trędowatych może już wkrótce zostać zamknięty. Adam Wiśniewski, ksiądz pallotyn, który go założył i prowadzi, jest już w zaawansowanym wieku, choruje i nie bardzo wiadomo, co stanie się z leprozorium po jego śmierci. Zrozumiała od razu – to wyzwanie dla niej. Choć w życiu uważa się za niezdecydowaną. Wybór bluzki w sklepie, rozstrzygnięcie, jaki z dwóch kolorów podoba jej się bardziej, kończy się zwykle kupieniem obu. Trędowaci z Jeevodaya zobaczyli pełną energii i wiary w siebie polską doktor z gładko zaczesanymi do góry włosami, w okularach, o ciepłym, życzliwym ludziom uśmiechu. Szybko stało się jasne, iż nie przyjechał do nich ktoś niepełnosprawny. Dość było patrzeć na jej wyczyny na skuterze czy umiejętność prowadzenia samochodu po indyjskich drogach. (…) 

O wszystkich dzieciach w Jeevodaya doktor Helena mogłaby powiedzieć: są moje. Te najmniejsze wiedzą dobrze, że kiedy pociągną ją za spódnicę, pogłaszcze je, przytuli, weźmie na ręce. Oczywiście buntuje się, iż pieniędzy wystarcza na leczenie i żywienie tylko 190, dla których znalazło się tu miejsce. Dr Helena nie ukrywa dumy z istniejącej w ośrodku szkoły. Dla dzieci z rodzin trędowatych to w przyszłości jedyna szansa na normalne życie. Można polegać na nauczycielach, w sporej części dawnych pacjentach. Zresztą, gdzież indziej mogłyby znaleźć pracę dwie pokaleczone przez trąd nauczycielki klasy zerowej. Ale szczególną serdeczność okazuje maluchom. Maleńką Jaintrę – niektórzy mówią nawet, iż to jej ulubienica – przyniósł do ośrodka ojciec. Miała rok, ale ważyła zaledwie 3 kilogramy i do tej pory wyrósł jej zaledwie jeden ząb. Nazwała ją Mała Czarna, bo z powodu koncentracji pigmentu na wychudzonej skórze wyglądała jak Murzynka. Małą Czarną postawiły na nogi polskie odżywki. (…) 

W dalekich Indiach stara się nieść ludziom pomoc. W zeszłym roku w Wielką Sobotę wezwano ją do wioski odległej od Jeevodaya o sześć kilometrów. Do porodu. Gdy dotarła na miejsce, było już po wszystkim. W maleńkiej ciemniej izdebce na glinianej podłodze, w otoczeniu kilkunastu osób, leżała matka. To podczas badania matki usłyszała, jak ktoś z obecnych zaczął coś mówić o nieżyjącym dziecku. Dopiero wtedy zwróciła na nie uwagę. Z nieodciętą pępowiną, nieprzykryte niczym gołe niemowlę leżało na glinianej polepie w drugim końcu izdebki. Kiedy wzięła je na ręce, było wiotkie, sine, zimne i brudne. - Urodziło się 20 minut temu – poinformował ją ktoś z obecnych. Najpierw zaczęła wdmuchiwać mu powietrze do ust. Potem przekręciła nogami do góry i nie zwracając uwagi na zdumienie obecnych spróbowała kilku klapsów w pośladki. Podczas następnej czynności – delikatnego masażu klatki piersiowej – poczuła, jak dziecko wraca do życia.

Fragment dziennika dr Marii Kowalskiej (oprac. Ewa Dobrowolska) 
Źródło: Zwierciadło, r. 1993, nr 11 

15.01.1993 
Mamy „Małą Czarną”. Dziecko, które skończyło rok, waży 3 kg. Dziewczynka była karmiona piersią, ale krótko, bo matka zmarła, a ojciec, bardzo ubogi, odżywiał ją wodą z domieszką mleka. Helena dziecko przyjęła do Jeevodaya, bo to mu zapewni przeżycie, a może normalny rozwój? Patrzę z przyjemnością, jak karmi maleństwo, zmienia pieluszki, dogląda – ma dla dzieci wiele miłości, ogromne, wrażliwe serce. Czym byłoby Jeevodaya bez Heleny? (…)