WESPRZYJ TERAZ

Życie jest tylko na dziś

2024-05-15

Nie jestem misjonarką z wyboru. Nie marzyłam, jak inni, żeby jechać na misje – mówi Helena Pyz, która od 35 lat leczy w Indiach ludzi chorych na trąd. Podkreśla, że nie byłoby to możliwe bez pomocy Polaków, którzy finansują pomoc dla najuboższych, cierpiących i opuszczonych.

.. Krzysztof Tadej: Mówią o Pani „żyjąca święta”!

Helena Pyz: Zaczynamy od żartu?


.. Nie, nie żartuję. 
Dobrze, że ci, którzy tak twierdzą, nie widzieli, jak nieraz odzywam się do ludzi! Zdarza się, że jestem policjantką albo muszę kogoś dyscyplinować. Nie leży to w mojej naturze, ale nieraz to konieczne, żeby skutecznie prowadzić ośrodek. Maria Okońska, która kierowała naszym instytutem, mówiła: „Bądź święta!”. Chcę taka być, ale czy tak jest?


.. Kiedy zdecydowała Pani, że będzie lekarzem?
We wczesnej młodości. Miałam może 12 lub 14 lat.
.. Tak wcześnie?

Zachorowałam na chorobę Heine-go-Medina. Trafiłam do szpitala i tam spotkałam wspaniałych, cudownych lekarzy. Robili wszystko, co możliwe, żeby uratować mnie i innych chorych. Poświęcali się, byli życzliwi. Tam zdecydowałam, że będę taka jak oni. Chciałam służyć chorym, cierpiącym. Był też inny powód. Ze względu na kalectwo zostałam odrzucona przez wielu ludzi. Takie odrzucenie zawsze staje się dodatkową chorobą i człowiek bardzo cierpi. Powiedziałam, że się temu nie poddam. I tak się stało. Moja starsza siostra mówi, że wiele wygrywam dzięki mojemu kalectwu.
.. To znaczy?

Gdy chorzy widzą mnie na wózku inwalidzkim, to się mobilizują. Na przykład w Indiach jakaś przerażona mamusia histeryzowała. Pilnie wezwała mnie do swojego syna, bo miał temperaturę... 37,2°C. Gdy mnie zobaczyła na wózku inwalidzkim, to jej przeszło. Nawet nie musiałam mówić, że to wezwanie jest nadużyciem.
.. Zanim wyjechała Pani do Indii, w 1971 r. wstąpiła Pani do Instytutu Prymasowskiego. Jak odkryła Pani to powołanie?
Przypadkowo, na plaży.
.. Żartuje Pani?

Pan Bóg właśnie tak niektórych powołuje. Z grupą pielgrzymkową jeździłam na wakacje do Kuźnicy na Helu. I tam, na plaży, jedna pani z instytutu opowiadała o Matce Bożej. Robiła to tak wspaniale, że zapragnęłam jeszcze bardziej poznać Maryję. Pojechałam kilka razy na adorację nocną i tak się zaczęło. A później, w Częstochowie, miałam praktykę lekarską w szpitalu. Spytałam, czy mogę zamieszkać w budynku instytutu. Uzyskałam zgodę i już po miesiącu wiedziałam, że Pan Bóg pokazuje mi tę drogę w życiu. Byłam zafascynowana Matką Bożą, Jasną Górą i służbą Kościołowi. W kaplicy na Jasnej Górze, przed obrazem Matki Bożej usłyszałam w sercu, że Ona mnie powołuje. Poczułam, że mam Jej oddać wszystko, całą siebie. Wtedy postanowiłam wstąpić do Instytutu Świeckich Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła. Instytutu, który obecnie znany jest pod nazwą Instytut Prymasa Wyszyńskiego.

.. Chciała Pani wyjechać na Syberię, a 17 lutego 1989 r. znalazła się Pani w Indiach. Jak to się stało?
Nie jestem misjonarką z wyboru. Nie marzyłam, jak inni, żeby jechać na misje. Kilka miesięcy przed przyjazdem do Indii usłyszałam o Ośrodku Jeevodaya w Indiach. Dowiedziałam się, że to placówka leczniczo--wychowawcza założona w 1969 r. przez ks. Adama Wiśniewskiego, pallotyna, i s. Barbarę Birczyńską. Okazało się, że ks. Wiśniewski, lekarz, który leczył chorych na trąd, jest ciężko chory. Informację o stanie zdrowia ks. Adama odczytałam jako wezwanie dla siebie. Chciałam mu pomóc. Zanim jednak przyjechałam do ośrodka, ks. Adam zmarł. Na miejscu zobaczyłam, jak wiele osób potrzebuje pomocy.  I tak zamiast na Syberii znalazłam się blisko równika.
.. I tam już od 35 lat leczy Pani ludzi chorych na trąd...
Pan Bóg sprawił, że mogę służyć ludziom. Chorzy w Indiach zaakceptowali mnie i dopuścili do siebie. To nie było takie oczywiste, bo trędowaty, który chodzi po ulicach i żebrze, niekoniecznie jest przyjacielem ludzi. Nie zawsze jest uprzejmy i pozytywnie nastawiony. A ja chorych mam prawo dotykać. Dopuścili mnie do siebie. Nazywają mnie „mami”, dzielą się swoim życiem, traktują jak członka rodziny. To wspaniałe! Jestem bardzo szczęśliwa, bo jestem im potrzebna.
.. I cały czas nie brakuje Pani zapału, energii... Skąd ma Pani tyle siły?
Tych sił nieraz brakuje, bo mam już 76 lat, jeżdżę na wózku inwalidzkim, a teraz mam coraz większe problemy nawet ze wstawaniem z tego wózka. Rzeczywiście, nie zatrzymuję się, nie rozpaczam, nie tracę nadziei. Dlaczego? Panie Krzysztofie, to Bóg, tylko Bóg, nic więcej. Bez pomocy Pana Boga nic bym nie zrobiła. Nie mam co do tego wątpliwości. Codziennie uczestniczę we Mszy św. Stale się modlę. I to On dodaje mi sił.

.. Trąd to choroba, która nie występuje obecnie w Polsce. Czym się charakteryzuje?

To zakaźna, przewlekła choroba wywoływana przez bakterie – prątki trądu. Ale jest całkowicie wyleczalna, jeśli zostanie rozpoznana i zastosuje się odpowiednie antybiotyki. Zakażenie następuje drogą kropelkową. Na przykład jeśli chory kaszle w autobusie, to może zarazić kilka, kilkanaście osób. O tym, czy choroba się rozwinie, decyduje odporność organizmu. W Indiach od pokoleń można obserwować niedożywienie, ludzie są osłabieni i dlatego mamy tutaj dużo chorych. Specyfika choroby polega na tym, że zostają zaatakowane końcówki nerwów, a dokładnie otoczki nerwów obwodowych. To nerwy, które dochodzą do końców palców, rąk i nóg, twarzy. Jeśli te otoczki zostają zniszczone, to pacjent traci czucie. Może się skaleczyć, oparzyć, zranić i nic nie będzie czuł. W Indiach bardzo często chorych obgryzają zwierzęta. Gdy ludzie śpią w nocy na ulicach, w różnych miejscach, to nie czują, jak tracą np. palce, gdy obgryzają ich szczury. Trąd okalecza ręce, nogi, atakuje oczy i twarz. Z powodu choroby wiele osób nie jest zdolnych do pracy. Ich kończyny są zdeformowane, zniekształcone. Tacy chorzy są odrzuceni przez społeczność, w której się znajdują.

.. Czy naprawdę w XXI wieku w Indiach chorzy na trąd nadal są tak traktowani?

W Indiach dominują mity, wierzenia i lęki. Chorzy są wykluczani ze środowisk, w których żyją. Jeśli mieszkają w wiosce, muszą odejść razem ze swoją rodziną. Nieraz po cichu dostają groźby. A w szkole nikt nie chce siedzieć z dziećmi chorego w jednej ławce. Wszyscy, nawet dzieci, się ich boją. Panuje też powszechne przekonanie, wynikające z wiary hinduistycznej, że jeśli ktoś choruje na trąd, to źle się zachowywał w poprzednim życiu. Pozytywne jest jednak to, że chorych jest coraz mniej. Gdy 35 lat temu przyjechałam do Indii, miałam rocznie ok. 500 pacjentów. Przed pandemią – ok. pięćdziesięciu. A teraz prawie nikogo. Może się okazać, że przez pandemię ludzie nie zgłaszali się do lekarzy i rozsiewali chorobę. Jeśli tak, to za 2-3 lata liczba rozpoznanych przypadków wzrośnie. Ale nie zmienia to tendencji, że problem trądu będzie malał. Dlatego nasz ośrodek powoli zmienia profil. Będziemy przede wszystkim pomagać najbiedniejszym.

.. Ile osób jest obecnie w ośrodku?

W ośrodku jest kilkoro trędowatych. Inni żyją w koloniach przy ośrodku. Mamy szkołę, w której uczą się dzieci osób dotkniętych trądem. To szkoła integracyjna, bo przychodzą do nas również dzieci mieszkające w sąsiednich miejscowościach. Nasi sąsiedzi się nie boją, często pracują u nas i wiedzą, że np. nikt z naszych pracowników – nauczycieli czy lekarzy – nie zachorował. W naszym ośrodku są też: przychodnia, internaty dla dziewcząt i chłopców, dom kobiet, dom rodzin pracowników, kuchnia, warsztaty, budynki gospodarcze. Oczywiście, jest również kościół, bo to ośrodek prowadzony przez katolików. Obecnie są tu indyjscy pallotyni. I co dla mnie niezwykle ważne – w ośrodku są obrazy Matki Bożej Częstochowskiej. Jeden przywieziony jeszcze przez ks. Adama Wiśniewskiego, drugi przeze mnie. A w biurze jest nieduży obrazek z Janem Pawłem II i Matką Bożą Częstochowską w tle. Taki kawałek Polski w środku Indii.

.. Czy ośrodek jest utrzymywany tylko ze składek Polaków, czy pomaga np. indyjski rząd?

Państwo nigdy nie pomagało. O takiej pomocy możemy tylko pomarzyć. Ten ośrodek został zbudowany i był utrzymywany zawsze przez Polaków. Kiedyś szczególnie dużo środków finansowych przekazywała Polonia z różnych krajów świata. Obecnie dominują wpłaty tylko z Polski. Prowadzimy np. akcję Adopcja Serca, która okazała się strzałem w dziesiątkę, bo Polacy wiedzą, że każda ich ciężko zarobiona złotówka jest przeznaczana na pomoc dla konkretnego człowieka, któremu pomagamy w ośrodku.

.. Czy to prawda, że ludzie podrzucają do ośrodka dzieci?

Podrzuconych dzieci mieliśmy kilkoro, np. dziewczynkę, naszą Basieńkę, jak ją nazywamy. Jej ojciec skłamał, że mama dziewczynki zmarła i on nie wie, jak się zajmować dzieckiem. Prawda była taka, że mama dziewczynki powiedziała, iż jeśli Ośrodek Jeevodaya jej nie przyjmie, to wrzuci ją do kanału. O tym dowiedziałam się później. Dzisiaj Basia ma 26 lat. Inna historia dotyczy Patrycji. Rodziny nie było stać na zakup odpowiedniego jedzenia dla niej. Dostawała mniej jedzenia, niż powinna. Gdy miała 4 miesiące, ważyła niecałe 2 kg. Gdybym nie przyjęła tych dzieci, to może żyłyby jeszcze tylko miesiąc, może dwa. Inne były losy Zosi. Dziewczynkę przyprowadziła jej babcia. Powiedziała, że jej rodzice nie żyją, a ona prosi o pomoc dla niej. Zostawiła dziewczynkę i więcej już się nie pojawiła. Niesamowicie trudne jest to, gdy nie zna się swoich korzeni i ma się poczucie, że jest się niczyim. To chyba jest najgorsze. W Indiach, gdzie są duże rodziny, kiedy umierają rodzice, dziecko zazwyczaj przejmują ciotki czy wujkowie. 

.. Ostatnio pojawiły się informacje, że Ośrodek Jeevodaya dotknęły kłopoty finansowe i że zwróciła się Pani o pomoc do papieża Franciszka.

Pomoc papieża była bardzo ważna. Uratował nasz budżet i jesteśmy zabezpieczeni przynajmniej do końca roku. Kłopoty się zaczęły, gdy nagle musieliśmy płacić o wiele więcej za żywność. W Indiach są takie zasady, że ludzie biedni mogą kupić tanio ryż. Jeden kilogram kosztuje jedną rupię (czyli ok. 4 groszy). Ten jeden kilogram ryżu wystarczy dla czteroosobowej rodziny na cały dzień. My też kupowaliśmy ryż na takich zasadach, ale w czasie pandemii odebrano nam to prawo. Nagle dla prawie 300 osób w ośrodku, dzieci i dorosłych, musieliśmy kupować ryż, który był 25 razy droższy. A dziennie zużywaliśmy worek ryżu, czyli 100 kg. Inne ceny też skoczyły w górę i np. olej kosztował 500 razy więcej niż poprzednio. To spowodowało, że nasz budżet się załamał. Nie miałam wyjścia. Szukałam pieniędzy. Ostatnią deską ratunku był papież. I on nas nie zawiódł. Po napisaniu listu rozmawiałam telefonicznie z kard. Konradem Krajewskim. To była bardzo dobra, konkretna rozmowa. Powiedział: „Zawsze będziemy pomagali biednym”. Pieniądze wpłynęły w ciągu kilku dni. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem kard. Krajewskiego. Kocham go za to, co robi.

.. Co chciałaby Pani na koniec przekazać czytelnikom Niedzieli?

Czytelnicy Niedzieli to ludzie wierzący, dlatego powiem krótko: szukajcie miejsca w życiu, które Pan Bóg dla was przeznaczył. Róbcie to, co On chce. Nie upierajcie się, że wiecie lepiej. W różnych okresach życia, w różnych okolicznościach Pan Bóg wskazuje, co mamy robić. Mówi nam o tym przez konkretne wydarzenia, ludzi, których spotykamy. Po jakimś czasie okazuje się, że droga, którą dla nas wybrał, jest najlepsza. Mój przykład świadczy o tym, że nieraz trzeba zrezygnować ze wszystkiego i iść tam, gdzie On nas powołuje. A wówczas człowiek będzie szczęśliwy.

Życie jest tylko na dziś. Nie wiemy, czy dożyjemy jutra. Nie powinniśmy się zbytnio zamartwiać i zastanawiać, jak więcej zarobić. Po śmierci przecież nie zabierzemy tego, co zgromadziliśmy. Warto wykonywać pracę, która będzie pożyteczna, sensowna. Wówczas stanie się ona przyjemnością, a my sami uznamy, że nie marnujemy życia. 

Z Heleną Pyz
rozmawiał Krzysztof Tadej

Źródło: Niedziela z 05.05.2024