Polka wyjechała do Indii leczyć trędowatych. "Kilkanaście tysięcy chorych i zero lekarzy"
2026-05-29
— Pamiętam pana, którego wieźli do mnie trzy dni, a był wtedy maj, najgorsze gorąco — temperatury po 45 do 50 st. C. Nogę miał okrutnie spuchniętą. To już nawet nie była ropa, tylko gangrena. Żaden chirurg nie zdecydowałby się amputować mu tej nogi. Umarł, zanim zadziałały antybiotyki — opowiada lek. Helena Pyz, polska lekarka, która od 37 lat prowadzi ośrodek dla trędowatych Jeevodaya w Indiach.
Paulina Wójtowicz, Medonet.pl: Od 37 lat mieszka pani i pracuje w małej wiosce położonej w środkowo-wschodniej części Indii. Wyjechała pani tam, by zająć się ludźmi, z którymi nikt nie chciał mieć do czynienia. Jak do tego doszło?
Lek. Helena Pyz: Będąc na imieninach u koleżanki, usłyszałam o księdzu, który prowadzi ośrodek dla trędowatych Jeevodaya. Był bardzo chory. Padły słowa, że gdy odejdzie, kilkanaście tysięcy chorych zostanie bez opieki, ponieważ w Indiach nikt nie zajmuje się trędowatymi, są ze społeczeństwa wykluczeni. To był urywek rozmowy, jednej z wielu tamtego wieczoru, ale gdy opuściłam przyjęcie, wciąż dźwięczał mi w uszach. Pomyślałam o swoich pacjentach, było ich "zaledwie" kilka tysięcy, w dodatku mogłam ich odesłać w razie potrzeby do kolegów i koleżanek specjalistów…
Pracowała pani wtedy w przychodni w podwarszawskich Ząbkach.
Tak i bardzo lubiłam tę pracę. Wcześniej, tuż po studiach, które ze względu na dwie przerwy na operacje ortopedyczne trwały u mnie nie sześć, a osiem lat, dostałam propozycję pracy w Szpitalu Wolskim przy ul. Kasprzaka w Warszawie. To była oferta nie do odrzucenia, bo niewielu lekarzy po studiach miało szczęście pracować we własnym mieście. Być może pełnomocnik do spraw zatrudnienia medyków zlitował się nad moją niepełnosprawnością.
Choroba Heinego-Medina.
Zachorowałam, gdy miałam 10 lat. Z perspektywy czasu myślę, że to był najlepszy wiek, jeśli można tak mówić o jakiejkolwiek chorobie. Przed nią byłam sprawna, dużo biegałam, więc miałam i siłę, i motywację do rehabilitacji — wiedziałam, do czego chcę wrócić. Oczywiście, powikłań polio nie da się całkowicie zatrzymać — dziś poruszam się na wózku inwalidzkim — ale przez pewien czas byłam dość sprawna, utykałam tylko na prawą nogę.
Podczas stażu musiała pani przejść przez poszczególne oddziały szpitalne. Miała pani pomysł na specjalizację?
Właśnie niespecjalnie. Chodziła mi wprawdzie po głowie ortopedia, ale zdawałam sobie sprawę, że fizycznie temu nie podołam. Myślałam też chwilę o radiologii, jednak gdy uzmysłowiłam sobie, że przez lata będę patrzeć na zdjęcia, zamiast na ludzi, szybko wyrzuciłam to z głowy. W ramach stażu część godzin mogłam natomiast odbyć w poradni i tam trafiłam na lekarkę, która zaraziła mnie pracą "u podstaw". Uważała, że lekarz rejonowy jest dużo mądrzejszy od tego, który pracuje w szpitalu, bo nie ma nad sobą szefa, do którego pójdzie po radę, gdy czegoś nie wie, tylko musi sam główkować, ryzykować i podejmować decyzje. Do tego widzi pacjenta z całym jego "bagażem", w miejscu zamieszkania, a nie tylko w łóżku szpitalnym, oderwanego od codzienności. Przekonała mnie i tak zaczęłam specjalizację z interny.
Myślała wtedy pani o wyjeździe z kraju?
A tu panią rozbawię, bo miałam takie marzenie, żeby wyjechać do Związku Radzieckiego. Tam wyszłaby na jaw moja katolickość, bo byłam wtedy zaangażowana w różne inicjatywy kościelne, aresztowaliby mnie, zesłaliby na Syberię i zostałabym męczennicą. Ale poważnie, nie planowałam żadnego wyjazdu. Zawsze bardzo kochałam Polskę, cała moja rodzina od lat żyła w Warszawie, nie mieliśmy natury podróżników. Nawet gdy znajomy pallotyn zaproponował mi wyjazd na misję do Rwandy, odmówiłam. Jaka misja, gdzie, w życiu!
A potem było przyjęcie i myśl zakiełkowała. Długo chodziła pani z nią w głowie czy od razu przeszła do działania?
Od razu następnego dnia po imieninach wybrałam się do tego księdza, który opowiadał o Jeevodaya i powiedziałam, że jak nie ma nikogo lepszego, to ja mogę tam pojechać.
Jak zareagował?
Zapytał, czy pytałam o zgodę Marysię.
Kim była Marysia i dlaczego musiała pani mieć jej zgodę?
Byłam członkinią Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej, Matki Kościoła, obecnie Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, a Marysia, czyli Maria Okońska, była jego założycielką. Choć jest to instytut świecki, ślubowałam posłuszeństwo, więc gdyby nie dała mi na ten wyjazd zgody, nie pojechałabym. Wiedziała jednak, że nikt by sobie czegoś takiego sam nie wymyślił, więc powiedziała krótko: "Jedź".
Powołanie?
Nie lubię tego tak nazywać, bo najpierw dotarło to do moich uszu i głowy, gdzie dokonałam prostego rachunku: kilkanaście tysięcy chorych i zero lekarzy. W sercu zakiełkowało to później, już w Jeevodaya, gdy zrozumiałam, że to moje miejsce.
Miała pani zgodę przełożonej, ale na wyjazd i tak czekała prawie trzy lata.
Tyle trwały formalności. W pierwszej kolejności potrzebowałam zaproszenia od ośrodka — udało się je zorganizować dopiero po śmierci księdza Adama. To był sierpień 1988 r., a wyjechałam dopiero w lutym następnego roku. Połączenie lotnicze do Indii było tylko jedno w tygodniu, a samoloty pełne handlarzy, którzy latali tam na tydzień, skupywali tyle odzieży, ile mogli, i przywozili do Polski sprzedawać na słynnym Stadionie Dziesięciolecia. W międzyczasie starałam się o wizę. W końcu jednak udało się zarezerwować miejsce i wyleciałam.
Co na to pani mama, rodzeństwo? Nie oburzali się, że ich pani "zostawia", leci tak daleko?
Przecież byłam dorosła! Miałam trzydzieści parę lat i wszystko, co robiłam dotychczas, robiłam na własny rachunek. To nie aranżowane małżeństwo, nie potrzebowałam niczyjej zgody. Mama i bracia stwierdzili, że wiem, co robię. W domu panowała atmosfera wzajemnego zaufania.
Co wyobrażała sobie pani, że zastanie na miejscu?
W ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Ktoś mnie tam wezwał, dał zaproszenie, więc jadę i zobaczę: jak się przydam, to dobrze, jak nie, to wracam.
Pamięta pani pierwsze wrażenie, jakie zrobiły na panią Indie?
Uderzyło mnie gorąco. Była połowa lutego, a tam 35 st. C. Dla kogoś, kto jeszcze kilkanaście godzin wcześniej marzł i brodził po śniegu, był to spory szok. Poza temperaturą — hałas, ogromny wielojęzyczny harmider. Najgorszy był hindi, którego kompletnie nie rozumiałam i długo nie mogłam się z nim oswoić. Z czasem oczywiście nauczyłam się go i rozumieć, i biegle nim mówić.
Na lotnisku w Delhi odebrała mnie sama współzałożycielka Jeevodaya Barbara Birczyńska. Powiedziała, że o piątej rano mamy pociąg. Miałam okropny jet lag, więc prawie nie spałam, poza tym było duszno i śmierdząco. Świtem udałyśmy się na obskurną stację i w długą drogę do Chhattisgarh. Pamiętam, że siostra Barbara — tak chciała, by się do niej zwracać — poczęstowała mnie wtedy herbatą. Ucieszyłam się, bo jestem "herbaciarą", ale kiedy wzięłam łyk tego ulepku, najzwyczajniej w świecie zwymiotowałam. Takie było moje przywitanie się z Indiami.
Słynna masala chai. Przyzwyczaiła się pani do tego smaku?
Do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do tego, że w Indiach wszystko jest albo wściekle słodkie, albo wściekle ostre.
Do Jeevodaya był kawał drogi.
36 godzin. Jechałyśmy od piątej rano do południa następnego dnia. Siedzenia się rozkładały, ale to była twarda ławka, bez żadnych poduch, koców, wygód. Zamiast toalety — dziura w ziemi i miejsce na stopy. Byłam tak zmęczona, że nawet nie miałam siły narzekać. Zresztą nie przyszłoby mi to do głowy. Miałam 40 lat, nie 20, kiedy człowiek szybko się zniechęca. Bywali u nas młodzi wolontariusze, którzy tak przywykli do wygód w naszym cywilizowanym świecie, że w Jeevodaya nie wytrzymywali długo. Narzekali na przykład, że nie ma pralki, że muszą sami sobie brudne majtki prać.
Pani niczego nie brakowało?
Jednej rzeczy: czajnika. Nie mieliśmy ani kawy, ani herbaty. Do śniadania było mleko, którego nigdy nie piłam, a jeśli już, to zimne, prosto z lodówki. Pierwszą rzeczą, którą wpisałam na listę zakupów, gdy wrócę do Polski, była więc grzałka. Nie wiedziałam, że w Indiach można było ją dostać wszędzie — to były czasy sprzed Internetu, a ja nie miałam możliwości jeżdżenia. Przywiozłam więc tę grzałkę z Polski i potem sobie sama w pokoju parzyłam herbatę, kiedy chciałam.
Co zastała pani na miejscu? Nie było już księdza Adama, a i siostra Barbara wkrótce miała wyjechać i zostawić panią samą.
I to na osiem lat! Siostra Barbara wyjechała na południe Indii, prawie 48 godzin jazdy pociągiem od nas, by założyć tam zgromadzenie zakonne, które będzie służyło trędowatym. Nadal była prezesem stowarzyszenia, które jest właścicielem ośrodka, a mnie mianowała dyrektorem. Wielkie nieba, pomyślałam wtedy, w życiu niczym i nikim nie rządziłam, bliżej mi było do pomocy kuchennej niż kierownika, ale co było robić? Musiałam się w to wszystko wkręcić. Siostra Barbara przyjeżdżała raz do roku podpisać dokumenty.
Miała pani kogoś do pomocy?
Księgowego. Samodzielnie prowadziłam korespondencję, a było jej trochę. Ksiądz Adam pisał bardzo dużo listów, siostra Barbara nie nadążała — wszystkie jej listy zaczynały się od "Sorry for delay", czyli "Przepraszam za zwłokę w odpowiedzi". Najważniejsze było jednak pozyskiwanie funduszy — i to było spore wyzwanie, ponieważ ośrodek tonął w długach. A przecież musieliśmy wyżywić 220 osób, w tym 150 dzieci.
Co wiedziała pani o trądzie, zanim przybyła do Jeevodaya?
Tyle, co można przeczytać w encyklopedii. I w Biblii — że ludzie przed trędowatymi uciekali, nazywając ich nieczystymi.
Pani nie tylko nie uciekła, ale i została — na lata.
Gdy przyszła pandemia i usłyszałam, że lekarze bronią się przed pracą z chorymi, to szlag mnie trafił. Przecież po to jesteśmy, żeby leczyć i służyć. Dziś wyrażenie "służba zdrowia" jest niemodne, zabronione, wyklęte, ale przecież taka jest prawda — naszą misją jest służyć chorym ludziom, a nie bać się ich.
Z trądem jest podobnie, a nawet trochę lepiej, bo w porę zdiagnozowany, nie jest śmiertelny. Ba, nawet nie każdy zarazi się bakterią, która trąd wywołuje — przecież mamy różne mechanizmy odpornościowe. W gruncie rzeczy to prosta choroba, która wolno się rozwija i można nie tylko ją wyleczyć, ale nawet uniknąć powikłań.
Niewiedza napędza strach, a ten stygmatyzację.
W Indiach żyją prości, niewykształceni ludzie. Boją się, bo nie rozumieją, na czym polega choroba. Do tego mają styczność z chorymi, u których zdążyło dojść do powikłań, więc się ich brzydzą. Wierzą, że trędowaty musiał zrobić coś bardzo złego, że zasłużył sobie w kolejnym życiu na taką karę. Stąd stygmatyzacja i wyrzucanie chorych poza krąg społeczeństwa. Chorzy zresztą też w to wierzą, dlatego długo zwlekają z leczeniem lub w ogóle się nie leczą — są przekonani, że zasłużyli na karę, więc muszą dzielnie dźwigać ten krzyż, przyjąć los trędowatego.
Zaakceptować cierpienie, które przynosi wykluczenie. A co z tym fizycznym? Czy trąd boli?
Przyszedł do mnie kiedyś mężczyzna, który od roku chodził z niegojącą się raną. Był u jednego, potem drugiego i trzeciego lekarza, każdy mu po kawałku czegoś ucinał, ale nikt nie rozpoznał choroby. Dotknęłam miejsca obok rany szpilką i okazało się, że on nie ma kompletnie czucia. Pytam więc, gdzie się tak oparzył, a on, że niczego gorącego nie dotykał. Okazało się, że zranił się, nawet o tym nie wiedząc — bakteria zniszczyła osłonki nerwowe. Inny pacjent przyszedł bez palca — w nocy odgryzł mu go szczur, kostka leżała pod łóżkiem. Wiem, brzmi to obrzydliwie i brutalnie, ale taka jest ta choroba, jeśli się jej w porę nie rozpozna.
Zdarzyło się, że nie mogła pani pacjentowi pomóc, bo było już za późno?
Niestety. Pamiętam pana, którego wieźli do mnie trzy dni, a był wtedy maj, najgorsze gorąco — temperatury po 45 do 50 st. C. Nogę miał okrutnie spuchniętą. To już nawet nie była ropa, tylko gangrena. Żaden chirurg nie zdecydowałby się amputować mu tej nogi. Umarł, zanim zadziałały antybiotyki.
Jest różnica w przebiegu trądu między dorosłymi a dziećmi?
Dzieci na ogół są mniej odporne, dlatego przebieg bywa szybki i agresywny. Objawy mogą być też bardziej subtelne. Miałam kiedyś u siebie dziewczynkę, którą podczas badania wyoglądałam na wszystkie strony, a dopiero gdy dotknęłam nerwu na nodze, oko poleciało mi w stronę uda, gdzie była klasyczna plama. Nie było żadnych innych objawów, a to badanie było standardową kontrolą, której podlegają wszystkie dzieciaki mieszkające z nami.
Ilu trędowatych ma pani obecnie pod opieką?
Jest o wiele lepiej niż kiedyś. Na samym początku działalności Jeevodaya było około 500 przypadków rocznie, rok przed pandemią — wiem, bo dokładnie to ewidencjonuję — 57. Teraz to są pojedyncze przypadki. Jakiś czas temu przyszedł jeden pan, już z powikłaniem w postaci opadającej stopy. Widział już wcześniej, że coś jest nie tak, ale był lockdown, dostęp do lekarzy utrudniony, więc diagnoza się odwlekła. Spodziewam się, że jest więcej takich przypadków, choć z drugiej strony na pewno mniej osób się od nich zaraziło, bo były ograniczenia w przemieszczaniu się.
Światowa Organizacja Zdrowia postawiła sobie za cel eliminację trądu na świecie do 2030 roku. Pani zdaniem to możliwe?
Nie. Musielibyśmy przebadać całe społeczeństwo, a nikt się do tego nie kwapi. Kiedyś w Indiach było coś takiego jak Narodowy Program Zwalczania Trądu, który zakładał, że medycy będą chodzić od drzwi do drzwi i przebadają całe Indie, ale nigdy nie widziałam, żeby ktoś te założenia realizował. W lokalnej gazecie czytałam, że zrobili coś podobnego w jednym powiecie. Zidentyfikowali 1 tys. albo 1,2 tys. przypadków. Problem w tym, że większość z tych osób nie chce się leczyć. Sama kiedyś zdiagnozowałam 10 przypadków w jednej szkole, a z tej młodzieży tylko dwójka zgodziła się na podanie leków.
Skąd ten opór?
Z wyparcia. Nikt nie chce zachorować na trąd, a gdy objawy są nieznaczne, nie ma zaawansowanej postaci choroby, powikłań, to łatwo się tak oszukiwać.
Mówimy o trądzie, ale nie jest to na pewno jedyna choroba, którą leczy pani w Indiach. Co dolega mieszkańcom stanu Chhattisgarh?
Przede wszystkim gruźlica — zaawansowana i niemal wszystkich organów, bo i nerek, i jelit, i narządów rodnych, a nawet węzłów chłonnych, skóry i oka. Oprócz tego oczywiście malaria, chociaż mamy szczęście mieszkać w regionie, w którym nie ma ognisk epidemicznych. Sama złapałam ją dwa razy dopiero, gdy jechałam z posługą 200 km od Gatapar. Mamy też spory kłopot ze słoniowacizną, czyli filariozą limfatyczną.
Jeevodaya to nie tylko ośrodek leczenia trądu, ale też miejsce, w którym zajmujecie się rehabilitacją społeczną i kształceniem dzieci z rodzin dotkniętych chorobą, które w Indiach zasadniczo nie mają takiej możliwości.
Sporo się w tej kwestii zmieniło, ale rzeczywiście przez wiele lat takie dzieci nie miały wstępu do szkoły publicznej — żaden rówieśnik nie usiadłby obok nich w ławce. Jeśli rodzicom bardzo zależało, musieli postarać się o zaświadczenie od lekarza — wypisałam takich wiele — że dziecko, które miało na przykład nieco zniekształconą rękę, a więc dowód przejścia trądu, nie zaraża.
U nas nie ma takich problemów. To szkoła integracyjna, dzieci zdrowe i po chorobie siedzą w tych samych ławkach. Mam ogromną satysfakcję z tego, że po nauczaniu u nas mają niemal identyczny start jak dzieciaki ze szkół publicznych. Do niedawna mimo dyplomu ukończenia szkoły musiały zdawać egzaminy państwowe jako eksterni.
A czym jest rehabilitacja społeczna, którą prowadzicie?
Trędowaci w Indiach mieszkają na obrzeżach miast i wsi, w slumsach, bo dla społeczeństwa są niewidzialni. Dopiero u nas znajdują dom, bo — na tym bardzo zależało księdzu Adamowi — Jeevodaya to nie ośrodek dla trędowatych, a ośrodek trędowatych. My nie przyjmujemy ich, to oni przyjmują nas. Nie chodzi o to, żeby zaprosić chorego do eleganckiego gabinetu, tylko żeby pokazać mu: ja się ciebie nie boję, nie brzydzę, mogę z tobą mieszkać. I że to dla nas przywilej.
Dach nad głową to jednak nie wszystko. Wie pani, jakby się czuła, gdyby nie miała pracy?
Niepotrzebna?
Właśnie. Do tego musiałaby pani pójść żebrać, bo jak inaczej kupiłaby pani chleb? Taki los czeka trędowatych, jeśli nie zagwarantujemy im po pierwsze środków do życia, po drugie zajęcia, by czuli się potrzebni.
Mieliśmy tu kiedyś dziewczynę, która chciała umrzeć i przestała jeść. Miała 19 lat i ważyła 19 kilo. Próbowałam ją na siłę zatrzymać, rozmawiać, tłumaczyć, ale nic do niej nie docierało. W końcu musiałam odejść do innej pacjentki z zaawansowanym trądem. I gdy się nią zajmowałam, ta dziewczyna pojawiła się w zasięgu mojego wzroku, więc poprosiłam ją gestem o szklankę wody. Ona otworzyła szeroko oczy i uśmiechnęła się Poczuła się potrzebna. Zaczęła jeść i żyć.
Inna pacjentka gromadziła tabletki — przeciwbólowe, nasenne, uspokajające. Chciała je zażyć i odejść, doniosły mi o tym inne kobiety. Nie wiedziałam, co z tym zrobić — przecież nie mogłam tak po prostu przeprowadzić rewizji, nie chodziło o to, żeby ją kompromitować. I nagle błysnęła mi myśl: przecież ona skończyła osiem klas. "Czy mogłabyś uczyć dzieci alfabetu?", zapytałam. Na drugi dzień ubrała się elegancko i stanęła przed klasą. Tak została nauczycielką. Dzieciaki ją uwielbiały, mówiły do niej "Madame". Wyrzuciła te tabletki, potem poprosiła o chrzest, przekazywała dzieciom wiarę.
Młodzież z Jeevodaya wzięła udział w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie w 2016 r. Teraz regularnie spotykają się i obchodzą kolejne na miejscu. Kiedy w Panamie był temat "Kobieta, która pomogła mi ukształtować moją wiarę", u nas z ust młodych najczęściej padało imię tej nauczycielki, która przy okazji uczenia literek i cyferek pisanych na tablicy dłonią pozbawioną palców, pokazała im Miłość, Która ją uratowała…
Zamieszkała pani w miejscu odległym od Polski nie tylko geograficznie, ale też kulturowo. Jak odnalazła się pani tam, nie znając języka, wyznając inną religię, kultywując odmienne tradycje?
Wiedziałam, że to ja jestem w ich domu, nie odwrotnie — musiałam więc uszanować to, jak mówią, w co wierzą i jak żyją. Jednocześnie oni wiedzieli, że nasz ośrodek jest katolicki i akceptowali to. Nigdy nie uczyliśmy dzieci naszej religii, a moralności. Przekazywaliśmy i przekazujemy im wartości humanistyczne, uniwersalne. Nie pojechałam do Indii, żeby nawracać, ale sama też nie odwrócę się od swojej wiary i religii.
Czy po tylu latach myśli pani jeszcze o powrocie na stałe do ojczyzny?
Odwiedzam Polskę regularnie, ale dopóki będę potrzebna w Jeevodaya, zostanę tam. Mimo że moja medyczna działalność jest już dziś ograniczona — leczę tylko mieszkańców ośrodka i osoby dochodzące z zaawansowaną postacią trądu — czuję, że moja obecność wiele tam zmienia. Ludzie mają do mnie zaufanie, proszą, żebym wróciła. Wychowałam pokolenie młodych ludzi, którzy dziś są już sami odpowiedzialni za swoje życie. Przyjeżdżają do Jeevodaya ze swoimi rodzinami, chwalą się osiągnięciami, to bardzo miłe. Jeśli tylko mogę im się do czegoś przysłużyć, z radością to zrobię.
Paulina Wójtowicz
Źródło: Medonet.pl

