|
Wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza,
a żaden z nich nie został oczyszczony,
tylko Syryjczyk Naaman.
(Łk 4,
27)
Drodzy bracia i siostry,
zgromadzeni w katedrze warszawsko-praskiej i jednoczący się z nami we wspólnej modlitwie za pośrednictwem Radia Warszawa!
Przytoczone zdanie z odczytanej przed chwilą Ewangelii uświadamia nam,
jak starą chorobą jest trąd.
Pierwsze wzmianki o niej pochodzą już z II-III tysiąclecia przed naszą erą.
Zarówno Nowy,
jak i Stary Testament wspominają o osobach dotkniętych tą straszną chorobą,
która,
niestety,
występuje również w naszych czasach.
Dzisiaj,
w tę ostatnią niedzielę stycznia,
obchodzimy na całym świecie Dzień Trędowatych; już po raz 57.
Możemy więc zapytać,
dlaczego ta choroba wciąż skupia tak wielką uwagę współczesnego świata,
a mówiąc dokładniej: uwagę osób,
którym leży na sercu los ludzi trędowatych? Dlaczego wciąż mówimy o trądzie,
skoro ta choroba jest już uleczalna i nie występuje na całej ziemi,
tylko w pewnych rejonach świata,
dodajmy: tych najuboższych?
Trąd,
moi drodzy,
poza tym,
że jest jedną z najstarszych chorób towarzyszących człowiekowi nieprzerwanie,
nosi również na sobie szczególne piętno.
Człowiek trędowaty,
według Prawa Mojżeszowego,
to człowiek nieczysty i jako taki wykluczony ze społeczności ludzi zdrowych tak długo,
jak długo nie zostanie uzdrowiony i poddany rytualnemu oczyszczeniu.
Trędowaci musieli więc cierpieć podwójnie: i z racji strasznej choroby,
która ich dotknęła,
i z powodu wspomnianego wykluczenia ze społeczeństwa.
To piętno,
moi drodzy,
towarzyszy trędowatym również dzisiaj.
Lęk przed tą okrutną chorobą sprawia,
iż trędowaci są skazywani na izolację,
wykluczani z normalnego życia rodzinnego i społecznego,
zdani na łaskę innych.
Dlatego tak ważna jest pomoc z zewnątrz,
dlatego tak ważne jest wspieranie ośrodków,
instytucji,
ludzi dobrej woli,
którzy,
służąc trędowatym,
niosą im nadzieję na powrót do normalnego życia.
Przykładem służby na rzecz trędowatych jest m.in.
działalność polskich ośrodków rehabilitacji trędowatych w Indiach,
czyli tam,
gdzie ta choroba współcześnie najliczniej występuje: myślę,
przede wszystkim,
o Jeevodaya w stanie Chhattisgarh i Puri w stanie Orissa.
Ośrodek Jeevodaya znajduje się w rejonie,
w którym występuje największe skupisko przypadków zachorowań.
Dzięki działalności Ośrodka – jak czytamy w ulotce o Jeevodaya - trędowaci mają szansę na przerwanie zaklętego kręgu ubóstwa,
analfabetyzmu i tej zakaźnej,
choć,
jak wspomniałem,
uleczalnej choroby.
Ludzie,
których normalnie wyklucza się z kast i społeczności,
mogą się tu leczyć,
kształcić swoje dzieci,
a przede wszystkim nabrać poczucia godności.
Również nasze Zgromadzenie zakonne,
Zgromadzenie Najświętszych Serc Jezusa i Maryi,
angażuje się w pomoc osobom trędowatym w Indiach,
w Bhubaneswar,
w stanie Orissa.
Podejmujemy tę działalność wpatrzeni w przykład naszego wielkiego współbrata,
Apostoła Trędowatych na hawajskiej wyspie Molokai – o.
Damiana de Veuster,
którego Papież Benedykt XVI ogłosił świętym 11 października ubiegłego roku.
Ten flamandzki misjonarz naszego Zgromadzenia,
urodzony w 1840 roku w Tremelo,
w Belgii,
był niebywale konsekwentny w podążaniu za Chrystusem.
Posłuszeństwo Jego woli doprowadziło go w wieku 33 lat na wyspę Molokai,
położoną na archipelagu hawajskim,
która,
choć dzisiaj kojarzy się z rajem,
wtedy nazywana była „piekłem na ziemi”.
To tutaj przywożono chorych na trąd z licznych wysp Pacyfiku.
Miało to zmniejszyć niebezpieczeństwo szerzącej się choroby.
Ministerstwo Zdrowia nie zapewniało jednak trędowatym podstawowych środków do życia.
Byli zdani na samych siebie.
Wegetowali w nędznych chatach z trawy,
bez jakiejkolwiek higieny,
bez dostatecznej ilości pożywienia.
Dzieci,
które rodziły się zdrowe,
wkrótce dzieliły los swoich trędowatych rodziców.
Do tego dochodził jeszcze,
niestety,
alkoholizm,
niszczący całkowicie to,
co pozostało w nich z życia moralnego.
Wszystko,
moi drodzy,
zaczęło się zmieniać z chwilą przybycia na Molokai O.
Damiana 10 maja 1873 roku.
Ten flamandzki sercanin staje się pomocnikiem ciał i dusz ludzi wzgardzonych.
Dzięki jego zaangażowaniu nędzne chaty ustępują miejsca nowym domkom z drewna,
powstaje prowizoryczny wodociąg z wodą zdatną do picia.
Trędowaci,
pomimo swojej choroby,
zaczynają uprawiać ziemię.
O.
Damian organizuje dla nich orkiestrę dętą,
zakłada ujeżdżalnię koni.
Troszczy się o godny pogrzeb każdego,
bez względu na wyznanie; często własnoręcznie robi trumny… Stopniowo,
powoli,
Ojciec Damian staje się dla trędowatych bratem.
Widzą bowiem,
że sam załatwia wiele spraw,
nie uciekając przed niebezpieczeństwem zarażenia się trądem,
które wówczas było równoznaczne z wyrokiem śmierci.
Jego wysiłki w końcu przynoszą owoce i znajdują uznanie w całym świecie; ze wszystkich stron zaczyna napływać pomoc.
O.
Damian zyskuje także nowych współpracowników – zarówno duchownych,
siostry zakonne,
jak i osoby świeckie.
Wielu też ludzi żyjących nieco później,
zafascynowanych życiem i działalnością O.
Damiana,
zaczyna podążać jego śladem,
poświęcając swoje życie służbie najuboższym z ubogich.
Wspomnę tu tylko tych najbardziej znanych: polskiego jezuitę bł.
o.
Jana Beyzyma,
opiekuna trędowatych na Madagaskarze,
bł.
Matkę Teresę z Kalkuty,
czy Raoula Follereau,
inicjatora obchodzonego właśnie dzisiaj Światowego Dnia Trędowatych.
Ten ostatni odwiedzał wyspę Molokai,
modląc się nad grobem O.
Damiana i czerpiąc z jego przykładu siłę dla swojej misji na rzecz trędowatych.
Św.
Damian de Veuster,
pomimo zarażenia się trądem,
które ostatecznie nastąpiło w 1884 roku,
czyli po 11 latach pracy na Molokai,
uważał się za najszczęśliwszego misjonarza świata.
Na kilka dni przed śmiercią napisał do swojego brata Pamfiliusza,
który również był zakonnikiem Zgromadzenia Najświętszych Serc,
takie słowa: Stoję już nad grobem.
Taka jest wola Boża,
a ja jestem szczęśliwy i wdzięczny za to,
że umieram na tę samą chorobę,
co moi trędowaci.
Odchodząc z tego świata w poniedziałek Wielkiego Tygodnia,
15 kwietnia 1889 roku,
w wieku 49 lat,
św.
Damian de Veuster powiedział: Jak pięknie jest umierać jako dziecko Najświętszych Serc!
Drodzy bracia i siostry!
Słuchając opowieści o życiu Apostoła Trędowatych z Molokai,
czytając o nim książki lub artykuły,
oglądając filmy,
nie sposób nie postawić sobie fundamentalnego pytania: Co skłoniło tego XIX-wiecznego flamandzkiego misjonarza do tak wielkiego poświęcenia? Co skłoniło i skłania jego naśladowców do kontynuowania misji na rzecz trędowatych? Odpowiedź,
moi drodzy,
jest prosta,
a podaje ją św.
Paweł w doskonale znanym fragmencie Pierwszego Listu do Koryntian,
który przypomniało nam dzisiejsze drugie czytanie: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca,
albo cymbał brzmiący” (1 Kor 13,1).
Tak,
moi drodzy! To miłość skłoniła św.
Damiana z Molokai do tak wielkiej ofiary,
to miłość przynagla ludzi dobrej woli do wyjazdu na misje i poświęcenia swego życia bezinteresownej służbie na rzecz trędowatych,
to miłość nie pozwala i nam przejść obojętnie obok osób potrzebujących wsparcia,
zarówno materialnego,
jak i duchowego.
Niech więc ta największa z cnót wzrasta w nas nieustannie: niech uzdalnia nas do przełamywania barier,
wewnętrznych lęków i oporów,
niech mobilizuje do konkretnego działania i pomocy na rzecz osób potrzebujących,
bo,
jak wiemy,
pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości.
Pozwólcie,
moi drodzy,
że zakończę słowami modlitwy za wstawiennictwem Apostoła Trędowatych,
św.
O.
Damiana,
modlitwy,
którą ogarniamy w sposób szczególny wszystkich chorych na trąd i tych,
którzy im posługują,
ale nie tylko; ogarniamy nią również tych wszystkich,
którzy czują się opuszczeni,
osamotnieni,
zepchnięci na margines życia społecznego.
Modlitwę tę ułożył Czcigodny Sługa Boży Ojciec Święty Jan Paweł II z okazji beatyfikacji o.
Damiana de Veuster,
która miała miejsce w Brukseli 4 czerwca 1995 roku:
Błogosławiony Ojcze Damianie,
jak posłuszny Syn wobec woli Ojca,
tak i ty pozwoliłeś się prowadzić przez Ducha Świętego.
Swoim życiem i misyjnym dziełem ukazujesz nam delikatność i miłosierdzie Chrystusa wobec każdego człowieka,
i odkrywasz przed nim piękno jego wewnętrznej istoty,
które żadną chorobą,
żadnym zniekształceniem lub inną słabością nie może zostać całkowicie zatarte.
Swoim zaangażowaniem i kazaniami przypominasz nam,
że Jezus przyjął na siebie ubóstwo i ludzkie cierpienia i ukazał nam ich pełną tajemnicy wartość.
Proś Chrystusa,
lekarza ciała i duszy,
za naszymi chorymi braćmi i siostrami,
aby pośród lęków i bólów nie czuli się opuszczeni,
lecz aby przeżywali zjednoczenie wraz ze zmartwychwstałym Panem i Jego Kościołem.
Proś Chrystusa,
aby mogli odkryć,
iż Duch Święty ich nawiedza oraz że otrzymają pocieszenie obiecane tym,
którzy są pogrążeni przeciwnościami życia.
Amen
o.
Andrzej Łukawski
31 stycznia 2010,
katedra warszawsko-praska św.
Floriana
|