Szukaj:
Menu
AKTUALNOŚCI
„Jeevodaya naszym domem”
VIII Pielgrzymka Pomocników i Przyjaciół Jeevodaya na Jasną Górę
Oni są moi, a ja jestem ich

Helena Pyz w 1Piętrze...

 

Newsletter

Jeśli życzą sobie Państwo otrzymywać zawiadomienia o nowościach w serwisie i informacje związane z naszą działalnością – proszę dopisać adres e-mail do bazy.

Czy trąd jeszcze istnieje?

Refleksje na marginesie 57. Światowego Dnia Chorych na Trąd, kanonizacji o. Damiana de Veuster i 40 lat działania polskiego Ośrodka Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach 
  
To trąd jeszcze istnieje? Takie pytanie zadał pewien młody ksiądz w dniu kanonizacji św. Damiana de Veuster w Rzymie. Byłam tam wraz z dr Heleną Pyz od dwudziestu lat posługującą trędowatym w Indiach. Mimo, że trąd jest chorobą wyleczalną, Jej praca i praca wielu  osób takich jak ona jest ciągle potrzebna.


Święty Damian nie szukał trędowatych. Pragnął być misjonarzem. Znalazł się w miejscu i czasie gdzie ten problem, stary jak ludzkość, był drastycznie i dramatycznie rozwiązywany. Poszedł dobrowolnie tam, gdzie wzywał go Pan i swoją misję wypełniał z niebywałą gorliwością. Świat usłyszał o losie trędowatych, wykluczanych ze społeczeństwa, oddzielanych od rodzin i przeznaczonych na powolne umieranie. Wśród trędowatych żył 16 lat, z czego 6 już zarażony trądem.

Urodzony 10 lat później bł. o. Jan Beyzym był zafascynowany historią ofiarnego Flamanda. Usilnie prosił swoich przełożonych, aby pozwolili mu pojechać do tych najuboższych. Na Madagaskar dotarł w wieku 49 lat – tylu ile miał Damian, gdy umierał. Jego listy do Polski nie różniły się zbytnio od tych, jakie pisał poprzednik z Hawajów do Belgii czy Francji. „Rząd i krajowcy nie uważają trędowatych za ludzi, tylko za jakieś wyrzutki społeczeństwa ludzkiego. Wypędzają ich z miast i wsi, niech idą, gdzie chcą, byleby nie byli między zdrowymi — u nich trędowaty to trędowaty, ale nie człowiek” – pisał w jednym z pierwszych listów. Założył szpital, zbudował kościół, żył i mieszkał z trędowatymi 13 lat. Pragnął jeszcze pojechać do innych cierpiących, do katorżników na wyspę Sachalin, ale śmierć pokrzyżowała jego plany.

Młodszy od nich ks. Adam Wiśniewski SAC urodził się w rok po śmierci Jana Beyzyma. W wieku 13 lat przeczytał książkę o ojcu Damianie i zapragnął służyć trędowatym jako kapłan. Nie poprzestał na tym i po uzyskaniu święceń kapłańskich w Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego, mimo szalejącej wojny, podjął, najpierw w konspiracji, studia medyczne. Uzyskał dyplom lekarza i dążył wszelkimi sposobami do tego, aby pojechać do trędowatych. W końcu dotarł do Indii, gdzie żyje ok. 70% wszystkich ludzi dotkniętych trądem. Jeździł po kraju, poznawał miejsca, gdzie trąd leczono, rekonstruowano zniekształcenia, które już poczynił. W końcu w 1969 roku założył własny Ośrodek nadając mu znamienną nazwę Jeevodaya (czyt. Dżiwodaja) – „świt życia”.

Wiedział, że ma on być czymś innym niż wszystko, co spotkał dotąd. W jednym z listów do Polski pisał: „Jeevodaya ma być domem dzieci trędowatych, a nie domem do którego się przyjmuje dzieci trędowate. To jest ich dom”. W 1969 roku wraz ze swoją współpracowniczką z Polski – Barbarą Birczyńską, kupił ziemię pod budowę placówki w terenie, gdzie do dziś dnia jest największe zagęszczenie trądu. Mieli już za sobą bolesne doświadczania nieudanej próby budowania ośrodka z ochotnikami z Polski w innym miejscu. Akt zakupu nosi datę 24 października, ale z dziećmi trędowatymi z poprzedniego miejsca w Kamakerai na południu Indii ściągnęli na początku grudnia. Najpierw zamieszkali w 3 wojskowych namiotach i jeepie – ksiądz z chłopcami, p. Barbara z dziewczynkami. Trzeci namiot to była kaplica. Idea stworzenia wspólnoty z trędowatymi wyróżniała ich na tle swojego czasu, przypominając bardziej postawy o. Damiana, o. Beyzyma czy choćby Gandhiego. Polscy ochotnicy, którzy dojechali, do nich do Kamakerai, nie potrafili zaakceptować jedzenia wspólnie z trędowatymi tego, co oni – trędowaci – przygotowali. A to była podwalina idei Jeevodaya: wspólne mieszkanie, modlitwa, posiłki i praca. „Dziecko trędowate poza tymi prawami jakie ma dorosły trędowaty ma jeszcze dodatkowe prawo do radosnego dzieciństwa, a radosnego dzieciństwa nie można stworzyć dziecku wychowując je w „higienicznych rękawiczkach” – tłumaczył   ks. Wiśniewski przedstawicielowi Episkopatu Polski w odpowiedzi na zarzut żądania heroizmu od współpracowników. – My nie chcemy się zarazić trądem, zachowujemy ostrożność, ale tylko tę, która nie stanie się barierą między dzieckiem trędowatym a nami. Na wzór Chrystusa stawiamy na pierwszym miejscu ludzkie prawa dziecka trędowatego.(…) Poza tym chcemy nauczyć dzieci poprzestawania na małym, a tego można nauczyć skutecznie tylko w ten sposób, że wychowawcy jedzą razem z dziećmi to, co i ona jedzą, mieszkają i pracują w tych samych co dzieci warunkach. Jako organizacja ochotników, Jeevodaya może żądać takiego właśnie maksymalnego heroizmu od swoich ochotników, podobnie jak Pan Jezus pokazywał pewne sposoby życia odpowiedniego tylko dla ochotników”. (List do bp. Kazimierza Kowalskiego, z Kamekerai, 8.05. 1969 r.)

Jeevodaya miało się charakteryzować potrójnym rodzajem rehabilitacji:
·  medycznej – leczenie, opatrywanie ran i profilaktyka (dobre odżywienie i okresowe badania dzieci, bo szczepionki nie wytworzono do dziś),
·  edukacja – wyrwanie dzieci chorych i dzieci z rodzin osób trędowatych z zaklętego kręgu żebrania i bezradności,
·  socjalnej – rehabilitacja przez pracę, przez „bycie potrzebnym”. Podleczony, lżej chory może pomóc innemu, który jest bardziej okaleczony i może służyć,  czuć się potrzebnym.
Założyciel pragnął, aby Ośrodek był wotum Polaków za 1000-lecie chrześcijaństwa na naszej ziemi. O pomoc w jego zbudowaniu zwrócił się do Polonii i nie zawiódł się. Dzięki hojności ofiarnych rodaków zbudował budynki mieszkalne, przychodnie, szkołę, wreszcie kościół. W szczerym polu stanęło miasteczko: „Jeevodaya Nagar” – „miasto świtu życia” dla wielu. Ks. Adam w dzień leczył, pocieszał, pouczał, w nocy pisał listy do ofiarodawców, modlił się. Nie był zrozumiany przez wszystkich, nie wszystko też w swojej nowej ojczyźnie rozumiał. Np. dlaczego młodzi bracia Palotyni nie chcieli w podziękowaniu za wykonaną pracę zjeść posiłku, którym ich poczęstował – miski ryżu z cukrem (bo przecież cukier krzepi!). Podobno skarżył się, że pogardzili tym skromnym posiłkiem, a oni wyszli głodni mimo, że chętnie zjedliby ten sam ryż z solą. Tę opowieść usłyszałam po latach od jednego z tych braci, dziś dyrektora Ośrodka.

Ks. Wiśniewski zmarł na raka w 1987 roku, po 26 latach pracy wśród trędowatych, a 18 w Jeevodaya. Nie doczekał się następcy, choć w planach Bożych już on był. Przy umierającym czuwała polska pielęgniarka – Jolanta Kołakowska, która w Jeevodaya pomagała przez ponad rok. Tym następcą Księdza-lekarza jest wspomniana dr Helena Pyz. O tragicznej sytuacji trędowatych, których w dalekich Indiach nie przyjmie zwykły lekarz dowiedziała się od polskich Palotynów, którzy po raz pierwszy odwiedzili dzieło swojego współbrata w 1986 roku. Sama niepełnosprawna od 10 roku życia poczuła się solidarna z tymi, którzy bywają nazywani najbiedniejszymi z biednych. Jak św. Damian nie szukała ich ani w swoim powołaniu do Instytutu świeckiego, którego misją jest maryjna służba Polsce, ani w studiach medycznych, których pragnienie zrodziło się podczas długich pobytów w szpitalach ortopedycznych. Usłyszała, że po śmierci chorego kapłana kilka tysięcy ludzi zostanie bez opieki medycznej i odczytała to jako wezwanie dla siebie. Kiedy tam przyjechała bez specjalnego przygotowania, bez znajomości lokalnego języka, prawa pobytu (miała jedynie 3-miesięczną wizę turystyczną, na którą czekała prawie 2 lata) poczuła, że to jest jej miejsce. Od tamtej pory wszystkie przyjazdy do Polski traktuje jako urlopy, a do Jeevodaya wraca jak do domu. To dzięki niej po 10 latach od śmierci ks. Wiśniewskiego wrócili do Ośrodka Palotyni – tym razem z prowincji indyjskiej.

Dr Helena przede wszystkim leczy, ale też wychowuje: słowem, czasem nawet ostrym, częściej przykładem, zdobywa i rozdziela środki na funkcjonowanie Ośrodka, którego jest skarbnikiem. Gdy przyjechała do Jeevodaya prawie całkowicie ustała pomoc Polonii – nikt nie potwierdzał otrzymanych darów, nie dziękował za nie – z czasem przestawały przychodzić. Dotychczasowi darczyńcy też po prostu starzeli się, umierali. Trzeba było znaleźć nowych ofiarodawców. Był rok 1989. Pomoc z Polski okazywała się coraz bardziej możliwa, a ludzka wrażliwość nie mniejsza. Z czasem powstał w Polsce Sekretariat Misyjny zajmujący się organizowaniem i przekazywaniem pomocy dla Ośrodka Jeevodaya. Sukcesem okazała się akcja Adopcji Serca rozpoczęta przez Jeevodaya, a obecnie podejmowana przez większość wspólnot czy organizacji, które wspierają różne ośrodki misyjne. „Nie Jesteśmy w stanie uratować całego świata i przejąć się biedą wszystkich głodnych, nie mających szansy nauki dzieci, ale jedno konkretne dziecko – tak, jednemu mogę pomóc!” mówili ludzie, którzy po raz pierwszy usłyszeli o takiej idei. A uczniowie jakiejś klasy w jednej z warszawskich szkół policzyli – „to niesamowite; jeśli my odmówimy sobie po jednym batonie w miesiącu, ktoś będzie mógł żyć i uczyć się przez cały miesiąc?” i „zaadoptowali” swojego rówieśnika na czas nauki w liceum.
W Jeevodaya taką adopcją objęte są wszystkie dzieci mieszkające w przyszkolnym internacie, maluchy – dzieci pracowników ośrodka i sieroty oraz absolwenci uczący się nadal w szkołach zewnętrznych. W sumie na koniec 2009 roku 496 dzieci. Jeevodaya dla nich właśnie jest ŚWITEM ŻYCIA. Niektórzy już ukończyli uniwersytety, troje studiuje w Polsce i przeciera szlaki dalekich horyzontów i marzeń.

Czy trędowatych ubywa? Światowe statystyki są optymistyczne z 700 tysięcy nowo wykrytych przypadków trądu rocznie na koniec poprzedniego stulecia, WHO w najnowszych danych podaje liczbę 255 tysięcy w roku 2007. Czy to dużo czy mało? A czy liczba ta jest kompletna? Czy wiarygodne są dane z Chin, gdzie leprozoria w latach 50 ubiegłego wieku straciły zagranicznych opiekunów i obserwatorów lub z kompletnie niedostępnej Korei Północnej? Czy świat może się uspokoić? Trąd jest całkowicie wyleczalny, a cena leczenia w zależności od zaawansowania i postaci choroby, oraz źródeł informacji opiewa na kwotę od 30 do 300 dolarów amerykańskich.

W Ośrodku dr Pyz nowych przypadków też jest mniej. Liczba ta spadła z ponad 450 w 1995 r. do 142 w roku 2009. Ale są też zjawiska niepokojące: zarażone małe dzieci, nawroty u osób leczonych według wszystkich zaleceń WHO, chorzy którzy zgłaszają się z już okaleczonymi palcami, stopami, przerywający leczenie zbyt wcześnie. Kiedyś obiecała sobie świętować wraz ze swoja ekipą pierwszy tydzień bez nowego przypadku trądu i takiego święta jeszcze nie było. Pacjenci dr Heleny nie pochodzą z określonego rejonu; przychodzi do niej kto chce i najczęściej nie dlatego, że wie iż to trąd (choć są i tacy), ale dlatego, że tam jest leczony za darmo. Co prawda leczenie trądu jest też darmowe w przychodniach państwowych – ale przy spotkaniu lekarzy z terenu Stanu w ub. r. okazało się, że Jeevodaya ma tych pacjentów prawie 10 razy więcej niż placówki rządowe.

Dzieci, które uczą się w Jeevodaya nie tylko mają kogoś chorego na trąd w rodzinie; to dzieci ludzi, których ręce czy inne części ciała są w sposób widoczny okaleczone. Taki człowiek nie znajdzie w Indiach pracy, nie może posłać dziecka do szkoły, nie przyjmie go lekarz jak będzie potrzebował lekarstwa na grypę lub wrzód, który zrobi się w miejscu, w którym nie ma czucia. Losem tych ludzi, a w konsekwencji ich dzieci jest zostać żebrakiem. Czy dramat milionów takich ludzi (według oficjalnych danych ok. 3, ale statystyki te wydają się zaniżone, w wielkich miastach Indii można ich zobaczyć nie wysiadając z taksówki) skończy się jeśli świat ogłosi, że trąd nie jest już epidemią? Czy możemy spać spokojnie, bo na nasze ulice nie wychodzą ludzie z dłońmi bez palców i nie wydaje się, że możemy się zarazić trądem jak świńską grypą, która sieje postrach?

Polska ma piękną kartę służby trędowatym. Oprócz wymienionych: bł. Jana Beyzyma TJ, ks. Adama Wiśniewskiego SAC i dr Heleny Pyz, to przecież zmarły w 2006 roku o. Marian Żelazek SVD, opiekun koloni dla trędowatych w Puri, dr Wanda Błeńska pracująca przez 43 lata w Ugandzie, gdzie stworzyła szpital w Bulubie i wychowała całe pokolenie lekarzy. Na przestrzeni tych lat przyjeżdżali do niej inni polscy medycy: dr Bohdan Kozłowski, dr Wanda Marczak-Malczewska, dr Elżbieta Kołakowska, dr Henryk Nowak.  Misjonarze trędowatych to także postacie znane jedynie w wąskich kręgach rodziny naturalnej lub zakonnej. S. Stefania Gembalczyk, franciszkanka szpitalna, pielęgniarka, założyła maleńką przychodnię w kolonii dla trędowatych w Indiach w miejscowości Ramgarh (stan Jharkhand), w której od 20 lat opatruje rany ciężej chorych, ale uczy też higieny i rozmaitych codziennych czynności dorosłych i dzieci. Siostra Stefania urodziła się dokładnie sto lat później niż bł. Jan Beyzym i pragnieniem jej życia było pójść w jego ślady. W Kongo Brazzaville podobną pracę od 24 lat wykonuje s. Noemi Swoboda, Józefitka, także pielęgniarka. Ile jest jeszcze bezimiennych? Nie wiem. Wiem, że nie szukałam trędowatych w swoim życiu, spotkałam ich niespodziewanie i zachwyciłam się pracą człowieka, który im pomaga – w moim przypadku była to dr Helena Pyz. O tym doświadczeniu podczas dwutygodniowego pobytu w Indiach napisałam wówczas, w 2003 roku, do Tygodnika Niedziela. Zapytam Pana: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” – a on mi powiedział: „Chodź i zobacz” i „oto jestem”.

Anna Sułkowska, grudzień, 2009
fragmenty tekstu ukazały się w Tyg. Niedziala 5/2010

© 2007 Jeevodaya
Projekt & cms: www.zaler.pl
Instytut Prymasa Wyszyńskiego
Sekretariat Misyjny Jeevodaya

ul. Młodnicka 34, 04-239 Warszawa
PLN 16 1020 1097 0000 7102 0004 8736
EUR 74 1020 1097 0000 7302 0124 1082