Boże rozwiązanie
Dziś rano Pan Bóg powołał mała Pushpę do Siebie.
Głosujmy na „Doktę”
Głosowanie potrwa tylko do 6 marca
Wystawa o Jeevodaya
chętnie udostępnimy ją w innych miejscach
Godziny pracy Sekretariatu Misyjnego Jeevodaya:
poniedziałek – piątek: 9-16
sobota: 9-14
13.03.2010 g. 16.00
Spotkanie Młodych Przyjaciół Jeevodaya
|
|
|
|
|
| 40 lat służby Jeevodaya |
W centralnych Indiach,
w stanie Chhattisgarh,
od 40 lat służy trędowatym i najbardziej potrzebującym Ośrodek o nazwie Jeevodaya.
Słowo „jeevodaya” pochodzi z sanskrytu i oznacza „świt życia” .
Chciałabym zaprezentować Państwu historię tej placówki i próbę odpowiedzi na pytania: jak doszło do założenie związanej z Polską misji w dalekim nam kraju,
jakie były drogi misjonarzy,
którzy to miejsce zakładali i do dziś w nim służą,
wreszcie jak wygląda i komu służy Jeevodaya po 40 latach funkcjonowania?
Historia Jeevodaya zaczyna się na ziemiach na polskich w początku ubiegłego wieku.
W 1900 roku,
na wzór znanego i podziwianego na świecie o.
Damiana de Veuster - na Madagaskar do trędowatych udaje się polski jezuita o.
Jan Beyzym (dzisiejszy błogosławiony).
Na początku XX wieku powstaje polska prowincja ks.
Pallotynów,
a jednym z jej sposobów ewangelizowania jest miesięcznik: „Królowa Apostołów”.
W 1913 rok w Dębinach k/ Bydgoszczy w rodzinie urzędnika pocztowego przychodzi na świat kolejne 3 dziecko; niestety dwoje starszych zmarło i nadzieja jest pomieszana z lękiem.
Miejscowy proboszcz radzi dać mu na imię Adam.
Adam wychowuje się w pobożnej atmosferze rodziny,
do której należą m.in.
członkowie Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego.
Jeden z nich jest jednym z pierwszych misjonarzy w Afryce Południowej,
a „Królowa Apostołów” jest frapującą lekturą dzieciństwa,
czytaną z entuzjazmem przez cała rodzinę.
W wieku 13 lat Adam podejmuje naukę w gimnazjum Pallotynów w Sucharach k/Nakła.
Tak po latach będzie wspominał ten okres: „Tu po raz pierwszy przeczytałem książkę po tytułem "Ojciec Damian".
Byłem wstrząśnięty tą lekturą.
Ksiądz w służbie trędowatych.
Dziś po latach pracy wśród trędowatych,
kiedy zastanawiam się nad genezą mego powołania,
nieodparcie nasuwa mi się myśl,
że jego korzeni trzeba szukać właśnie w lekturze tej książki.
Jako dziecko byłem bardzo wrażliwy i czuły na niedolę ludzką.
Myślę,
że właśnie wtedy narodziło się [moje] powołanie...”
Po skończeniu szkoły Adam podejmuje decyzję pójścia w ślady swoich wujów i wstępuje do Pallotynów.
Oto jedno ze wspomnień: ”Z okresu nauki w gimnazjum godnym jest odnotowania jeszcze jeden fakt,
że pełniłem tam rolę infirmiarza,
to znaczy opiekuna medycznego chorych.
Powtórzyło się to w czasie studiów seminaryjnych,
kiedy również zajmowałem się chorymi.
Jak sobie dziś to uświadamiam,
te dwa powołania: misyjne i lekarskie pojawiły się i dojrzewały razem”.
Przez cały czas seminarium uczestniczy aktywnie w działalności koła misyjnego i nie przestaje myśleć o pracy wśród trędowatych.
Święcenia kapłańskie otrzymał w przeddzień wybuchu II wojny światowej,
3 czerwca 1939 r.
z rąk abpa Stanisława Galla.
Pierwsze obowiązki duszpasterskie podejmuje w kościele przy ul.
Skaryszewskiej w Warszawie.
Uczestniczy w Powstaniu Warszawskim jako kapelan ps.
"Łukasz".
Jeszcze w czasie okupacji otrzymuje pozwolenie na podjęcie studiów medycznych,
które rozpoczyna na tajnych kompletach,
a po wojnie kończy w Poznaniu,
gdzie otrzymuje dyplom lekarza medycyny,
a 4 lata później tytuł doktora nauk medycznych.
W powojennej Polsce jako kapłan nie może prowadzić jednocześnie praktyki lekarskiej,
jednak udziela się w duszpasterstwie służby zdrowia i doprowadza do powołania poradni dla matki i dziecka przy domu księży Pallotynów w Poznaniu.
Przez cały czas podejmuje wysiłki,
aby urzeczywistnić swoje marzenie służby trędowatym.
Gdy pojawia się pierwsza możliwość otrzymania paszportu wyjeżdża do Francji,
gdzie kontynuuje studia w dziedzinie medycyny tropikalnej i leczenia trądu.
W ostatnich dniach roku 1959 udaje się statkiem do Kamerunu,
ma zamiar rozpocząć działalność misyjną.
Jednak od pierwszego spotkania z ziemią afrykańską odczuwa jakby jej nieżyczliwość dla siebie.
Brak doświadczenia,
kłopoty z załatwieniem spraw formalnych oraz problemy zdrowotne wytwarzają w nim poczucie,
że nie jest na swoim miejscu.
Po dwóch tygodniach pobytu w Kamerunie wsiada na statek i wraca do Francji.
Nie rezygnuje jednak z marzeń o pracy wśród trędowatych,
swoje myśli i działania kieruje do Indii,
gdzie już od kilku lat pracują Pallotyni niemieccy.
We wrześniu 1961 r.
w wieku 48 lat wyrusza statkiem do Bombaju,
aby trędowatym w Indiach poświęcić resztę swojego życia.
Pierwsze lata wypełnia mu zwiedzanie miejsc dedykowanych trędowatym i poznawanie metod leczenia trądu.
Okres wytężonej pracy przypłacił pogorszeniem własnego zdrowia.
Po 2 latach pracy trafia z odklejoną siatkówką lewego oka do szpitala św.
Marty w Bangalore,
gdzie spędzi kolejne dwa lata.
Gdy stan jego zdrowia trochę się poprawi jeszcze jako pacjent podejmuje pracę w szpitalu,
w którym jest leczony.
Jednocześnie prowadzi działania na rzecz budzenia powołań do Pallotynów w Indiach.
W skutek publikacji jego listów w polskich mediach zaczynają na jego adres przychodzić z Polski znaczne ilości paczek z żywnością.
W ich dystrybucji pomaga mu niemiecka siostra Bilhildis.
Tu wrócimy na chwilę do Polski i nieco cofnijmy się w czasie.
Jest rok 1927 r.
w Krakowie w rodzinie inteligenckiej przychodzi na świat Barbara Birczyńska,
ma 5 rodzeństwa.
W chwili wybuchu wojny Barbara ukończyła szkołę podstawową.
W czasie okupacji niemieckiej uczy się w Szkole Wychowawczyń Przedszkolnych,
a po jej zamknięciu,
kończy kolejno: Szkołę Handlową,
Szkołą Gospodarczą i Szkołę Hotelarską w Krakowie.
Równocześnie na tajnych kompletach przerabia program gimnazjum i liceum typu humanistycznego.
Po zdaniu matury podejmuje studia na wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego w zakresie matematyki,
jednocześnie uczęszcza na Studium Pedagogiczne.
Ożywiona pragnieniem służby Bogu i dzieciom,
szczególnie osieroconym,
wstępuje w 1951 roku do zgromadzenia ss.
Michalitek w Miejscu Piastowym.
W latach pięćdziesiątych państwo odbiera siostrom wszystkie placówki opiekuńcze i wychowawcze i przekazuje je m.in.
Zrzeszeniu Katolików Caritas.
Proces ten dotyczy też ss.
Michalitek,
którym odebrano prowadzone przez nie sierocińce.
S.
Jacenta (zakonne imię Barbary) w 1958 r.
zostaje zatrudniona jako kierowniczka Domu Dziecka przez ten świecki Caritas.
Na umowie o pracę dopisała drobnym drukiem: „zgadzam się na powyższe pod warunkiem,
że uprawnienia Przełożonych wyższych oraz moje obowiązki płynące ze ślubów i konstytucji w niczym nie będą naruszone”.
Stanowisko to pełni przez 2 tata.
Jednak wobec indoktrynacji ideologicznej w przejętych przez komunistów sierocińcach przeżywa wątpliwości jak powinna realizować swoje powołanie.
Ostatecznie prosi o zwolnienie ze ślubów wieczystych nie widząc możliwości wypełniania chryzmatu Założyciela wewnątrz zakonu.
Zwolnienie takie otrzymuje w 1962 r.
Do przełożonej generalnej pisze: „Po jedenastu latach pobytu w zgromadzeniu odchodzę z bólem rozłąki i wdzięcznością za wszystkie wielkie bogactwa,
z jakich w zgromadzeniu czerpałam.
Odchodzę także z wewnętrznym przekonaniem,
że idę pełnić Wolę Bożą”.
Pragnienia jej serca zwracają się w stronę Indii.
Jeszcze w zakonie prosi Prymasa Polski o pozwolenie na staranie się o wyjazd do Indii,
a po uzyskaniu indultu sekularyzacyjnego zwraca się do kardynała Wyszyńskiego z prośbą „o przedstawienie w Rzymie któremuś z biskupów hinduskich moich starań o wjazd do Indii w celu dania opieki i chrześcijańskiego wychowania dzieciom głodnym i opuszczonym przez założenie dla nich zakładu wychowawczego prowadzonego w duchu michalickiego hasła Powściągliwość i Praca”.
Możliwości wyjazdu do Indii szuka też innymi drogami.
W opublikowanym w Tygodniku Powszechnym apelu ks.
Adama Wiśniewskiego o porzucenie dotychczasowych zadań i poświęcenie wszystkich umiejętności trędowatym w Indiach znajduje odpowiedź na swoje pragnienia.
Przez 2 lata koresponduje z księdzem Adamem przygotowując swój wyjazd między innymi przez naukę języków hindi i sanskrytu,
zrobienie prawa jazdy.
Na prośbę ks.
Adama szuka kolejnych ochotników do zakładania ośrodka dla trędowatych,
gromadzi środki materialne dla przyszłej placówki.
W tym czasie ksiądz Wiśniewski szuka miejsca,
gdzie jego placówka mogłaby się mieścić.
Barbara uzyskawszy wszystkie dokumenty i pozwolenia wyrusza statkiem z obfitym bagażem do Indii (kilka ton żywności,
leków,
ale też narzędzia rolnicze,
maszyna do szycia oraz instrumenty muzyczne m.in.
fortepian) .
W październiku 1966 r.
dociera do Bombaju,
gdzie czeka na nią ks.
Adam.
Wyruszają do Dongargarh 100 km od miejscowości Raipur,
gdzie ustawiają 3 wojskowe namioty,
w których zamierzają rozpocząć nową działalność.
Ponieważ miejscowy biskup nie zgadza się na przechowywanie Najświętszego Sakramentu w namiocie,
a o budynkach stałych nie może jeszcze być mowy,
rozglądają się za innym miejscem lokalizacji Jeevodaya.
Nazwa ta pojawia się po raz pierwszy w notatkach księdza Wiśniewskiego zaraz po przyjeździe Barbary do Indii.
Korzystna wydaje się propozycja biskupa diecezji Mysore na południu Indii,
który przekazał na cel ośrodka dla trędowatych ziemię i dom na przychodnię w Kamakerai.
Zapada decyzja przeniesienia ośrodka z Dongargarh.
W styczniu 1967 r.
bp Mysore dokonał poświęcenia Jeevodaya w Kamakerai.
W tym czasie docierają z Polski kolejni ochotnicy 7 osób w 2 grupach,
w tym 2 księży.
Ks.
Adam jest w tym czasie w szpitalu z powodu zarażenia tyfusem,
a pracą Ośrodka,
gdzie są pierwsze dzieci chore na trąd,
zarządza Barbara.
Po opuszczeniu szpitala ks.
Adam wyjeżdża do Anglii na zjazd leprologów oraz w celu szukania środków na dalszy rozwój miejsca.
W Kamekerai zaczynają się mnożyć konflikty,
których podłożem jest nieprzygotowanie do pracy misyjnej w odmiennych,
trudnych warunkach,
różne wizje misji,
a także z pewnością problemy osobowościowe dużej i tak zróżnicowanej grupy.
Jednym z zarzutów stawianych ks.
Wiśniewskiemu i Barbarze jest to,
że w innej placówce opiekunowie mają lepsze warunki i oddzielną od trędowatych kuchnię,
a oni byli zmuszani do jedzenie tego samego i mieszkania tak samo jak trędowaci.
„My nie chcemy się zarazić trądem – odpowiadał ks.
Wiśniewski biskupowi Kowalskiemu – zachowujemy ostrożność,
ale tylko tę,
która nie stanie się barierą między dzieckiem trędowatym a nami.
Na wzór Chrystusa stawiamy na pierwszym miejscu ludzkie prawa dziecka trędowatego.(…) Poza tym chcemy nauczyć dzieci poprzestawania na małym,
a tego można nauczyć skutecznie tylko w ten sposób,
że wychowawcy jedzą razem z dziećmi to,
co i one jedzą,
mieszkają i pracują w tych samych co dzieci warunkach.
Jako organizacja ochotników Jeevodaya może żądać takiego właśnie maksymalnego heroizmu od swoich ochotników,
podobnie jak Pan Jezus pokazywał pewne sposoby życia odpowiedniego tylko dla ochotników”.
Po powrocie z Europy ks.
Adam nie jest w stanie zaradzić konfliktowi.
Cześć ochotników decyduje się na powrót do Polski,
część na podjęcie współpracy z miejscową diecezją.
Ks.
Wiśniewski i p.
Barbara jeszcze raz przeniosą Ośrodek Jeevodaya tym razem już na teren będący ich własnością.
Nowe,
do dziś istniejące Jeevodaya,
powstanie 30 km od miasta Raipur.
Po raz kolejny rozpoczną w grudniu 1969 roku od postawienia 3 wojskowych namiotów,
w których zamieszkają – ksiądz z chłopcami,
p.
Barbara z dziewczynkami.
Trzeci namiot to kaplica.
Oprócz trudu pracy z trędowatymi towarzyszy im poczucie niezrozumienia przez Kościół w Polsce.
Wracający ochotnicy tłumacząc swoje niepowodzenie misyjne całą winą obarczą dwójkę misjonarzy,
a przy ogromnej odległości i trudnościach w komunikacji nikt nie zapyta drugiej strony.
Od tej chwili nie szukają już posiłków z Polski,
choć okresowo przebywają w Jeevodaya Polacy różnych profesji,
a pracę w ośrodku starają się oprzeć o kandydatów do zgromadzeń,
które pragną do tego celu założyć.
Barbara Birczyńska składa na ręce ks.
Adama śluby prywatne przywdziewając zaprojektowany przez siebie habit.
Tymczasem Ośrodek rozwija się dzięki środkom pozyskanym od Polonii,
zaradności s.
Barbary oraz współpracy byłych trędowatych i kandydatów do zakonu.
Tych ostatnich w szczytowym momencie rozwoju jest 7 braci i 52 siostry.
Jednak i w tym zamiarze pojawiają się trudności.
Polscy przełożeni są zbyt wymagający dla wielu swoich braci o sióstr,
nie rozumieją też wielu niuansów miejscowej kultury.
W związku z tym biskup cofa pozwolenie na rekrutację zakonników.
Wiedzą,
że założony prze nich Ośrodek ma być czymś innym niż wszystko,
co spotkali dotąd.
W jednym z listów do Polski ks.
Adam pisze: „Jeevodaya jest domem dzieci trędowatych,
a nie domem do którego przyjmuje się dzieci trędowate.
To jest ich dom”.
Jeevodaya charakteryzuje potrójnym rodzaj rehabilitacji: medycznej,
edukacyjnej i socjalnej.
Ten ostatni aspekt jest bardzo ważny: to rehabilitacja przez pracę,
przez „bycie potrzebnym”,
podleczony,
mniej okaleczony pacjent może pomoc innemu bardziej choremu.
Aby nie utracić tej indywidualnej tożsamości powołują stowarzyszenie byłych trędowatych,
które zarządza ośrodkiem i jest jego właścicielem.
Według statutu Prezydentem Stowarzyszenia jest dożywotnio ks.
Adam,
a po jego śmierci s.
Barbara.
Chyba,
że ktoś zrzeknie się tej funkcji.
Ustalają się zręby pracy: przychodnia na miejscu,
przychodnia wyjazdowa w Tumgaon,
szkoła gdzie jedni lepiej wykształceni trędowaci uczą innych,
odwiedziny w koloniach,
praca na roli.
Na miejscu powstają kolejno budynki: przychodnia,
szkoła,
domy mieszkalne,
wreszcie kościół.
Głównie nocą pozostaje czas na podtrzymywanie korespondencji z ofiarodawcami.
W 1986 r.
po raz pierwszy Jeevodaya odwiedza grupa polskich Pallotynów z Prowincjałem i Sekretarzem ds.
misji.
Są pod wielkim wrażeniem pracy wykonanej przez swojego współbrata,
ale przeżywają niepokój o jej kontynuację,
świadomi zawansowanej choroby nowotworowej ks.
Adama.
Ks.
Adam umiera 31 lipca 1987 r.
po 26 latach pracy wśród trędowatych,
a 18 w Jeevodaya.
Zgodnie ze swoim życzeniem zostaje pochowany obok kościoła pw.
bł.
Marii Teresy Ledóchowskiej w Jeevodaya.
Nie doczekał się następcy,
choć w planach Bożych już on jest.
Po raz kolejny wróćmy do Polski i nieco cofnijmy się w czasie.
Rok 1948,
podnosząca się z ruin Warszawa,
w rodzinie Tadeusza i Aliny Pyzów pojawia się 4 dziecko – otrzyma imię Helena.
Rodzina o tradycjach patriotycznych żyje skromnie z pensji ojca,
który pracuje jako drukarz w odebranej jego rodzinie drukarni.
Cień na twarzy matki wywoła choroba Heinego-Medina,
która dotyka 2 rodzeństwa.
W przypadku Heleny jej przebieg jest ciężki,
10-letnia córka traci władzę w obydwu nogach i rękach.
Na szczęści bezwład zaczyna się cofać,
a trwały ślad pozostania w postaci braku mięśni w prawej nodze.
Dzieciństwo Heleny to szpitale,
sanatoria,
starania matki,
żeby było normalnie,
stawiane sobie wymagania,
żeby nie korzystać z taryfy ulgowej.
Do klasy na trzecim piętrze wnosi ją najstarszy brat,
ale nigdy nie poprosi o dodatkowe zwolnienie z lekcji,
czy choćby pozwoli sobie na spóźnienie.
Po ukończeniu szkoły średniej zdaje na medycynę.
Brak punktów za pochodzenie nie udaremni tego zamiaru.
Naukę przerwie dwukrotnie – raz z powodu kolejnych operacji ortopedycznych.
Drugi na podjęcie formacji w Instytucie świeckim,
aby spędzić go na Jasnej Górze.
Po studiach podejmuje pracę w przychodniach rejonowych Woli,
później w Ząbkach pod Warszawą.
Uczestniczy w spotkaniach duszpasterstwa służby zdrowia i Instytutu z jego Założycielem kardynałem Stefanem Wyszyńskim.
W latach osiemdziesiątych czynnie zaangażuje się w organizowanie Solidarności w środowisku służby zdrowia.
Po powrocie Pallotynów z podróży do ich misji na całym świecie,
słyszy od ks.
Stanisława Kuracińskiego o Jeevodaya.
Ks.
Satnisław mówi,
że po śmierci chorego kapłana kilka tysięcy ludzi zostanie bez opieki medycznej.
Te słowa są dla niej wezwaniem.
Decyzję podejmuje szybko,
czeka jedynie na powrót przełożonej Generalnej i Założycielki Instytutu z Rzymu.
Maria Okońska od razu wyraża zgodę (co ks.
Kuraciński nazwie kiedyś pierwszym cudem związanym z wyjazdem Heleny).
Na zaproszenie,
paszport i wizę czeka prawie 2 lata – w tym czasie ks.
Adam umiera.
Kiedy przyjeżdża do Jeevodaya po raz pierwszy w lutym 1989 roku jest tam ok.
150 dzieci i 70 dorosłych.
Sytuacja materialna ośrodka jest bardzo trudna,
kończą się donacje od ofiarodawców,
którym nikt nie odpisuje na listy.
S.
Barbara większość czasu spędza na południu Indii,
gdzie nadal próbuje zakładać nowy zakon.
Helena staje do pracy bez specjalnego przygotowania,
bez znajomości lokalnego języka,
a jej wiedza o trądzie jest encyklopedyczna.
Mimo to od początku wie,
że jest to jej miejsce.
Od tamtej pory wszystkie przyjazdy do Polski traktuje jako urlopy,
a do Jeevodaya wraca jak do domu.
W 1996 r.
siostra Barbara zrzeka się prezydentury w Stowarzyszeniu,
a dzięki staraniu Heleny po 10 latach od śmierci ks.
Wiśniewskiego wracają do Ośrodka Pallotyni,
tym razem z prowincji indyjskiej.
Ośrodek rozwija się: szkoła zyskuje prawa państwowe,
budowane są nowe budynki.
W Polsce w 1993 r.
powstaje Sekretariat Misyjny dla wspierania materialnego i moralnego tego działa.
Dziś Ośrodek Jeevodaya to prawie 500 dzieci z rodzin osób dotkniętych trądem w szkole na miejscu,
w tym 40 absolwentów,
którzy kontynuują naukę na wyższych uczelniach (3 w Polsce) i około 100 dorosłych,
głównie byłych trędowatych.
Dr Helena zajmuje się przede wszystkim pacjentami chorymi na trąd,
leczeniem gruźlicy i chorymi na AIDS.
W ciągu roku przyjmuje ponad 10 000 pacjentów.
Tylko w 2008 w przychodniach miała 155 nowych przypadków trądu.
Anna Sułkowska,
31 stycznia 2010 r.
|
|