WESPRZYJ TERAZ

Chyba się zaraziłam, Agata Karpowicz (2009) - "Posyłam Was"

Dwa lata temu przyjaciółka opowiedziała mi, że wybiera się do Indii jako wolontariuszka. Kierowana ciekawością, zaraz po spotkaniu, wpisałam do wyszukiwarki internetowej wspomnianą przez nią, tajemniczo brzmiącą nazwę. Jeevodaya. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że z tym miejscem połączy mnie tyle dobrego.

Nie po to, by bezczynnie trwać
Myśl o wyjeździe zaczęła dojrzewać, gdy Ania wróciła z dalekiego lądu i zaprosiła mnie na spotkanie pod hasłem: „indyjskie reminiscencje”. Marzenie o wyjeździe wolontariackim sprzed lat ożyło ze zdwojoną siłą. Decyzja była prosta: chcę jechać. Tym razem, w odróżnieniu od wielu organizacji wysyłających młodych Europejczyków na projekty zagraniczne, wystarczyła chęć i gotowość wyjazdu. Bez trzech zaświadczeń o znajomości języków obcych, w tym języka kraju docelowego, bez trzystopniowej rekrutacji, bez kilkustronicowych dokumentów aplikacyjnych. Poznawanie idei Jeevodaya odbywało się w bardziej naturalny sposób. Stopniowo, poprzez spotkania i rozmowy z osobami skupionymi wokół warszawskiego Sekretariatu Misyjnego Jeevodaya.
Gdzieś tam słyszałam: - Życie nie po to jest, by bezczynnie trwać... Od tego momentu swoją energię skierowałam na przygotowania. Te bardziej formalne, jak kupno biletu do Delhi, wizyta w Ambasadzie Republiki Indii, wykupienie ubezpieczenia i zapełnienie charakterystycznej żółtej karty szczepień ochronnych kolejnymi pieczątkami. I te mniej formalne, jak zakup repelentu w aptece czy przewiewnych koszul i wygodnych bojówek w ciucholandzie.

Ciekawość ma jeszcze większe oczy
- Nie boisz się? - słyszałam od rodziny, przyjaciół i znajomych przed wyjazdem. Bo słowo Indie niosło następujące skojarzenia: brud, głód, smród i w ogóle syf, malaria. Rodzice chyba aż do dnia wylotu nie wierzyli, że gdzieś się wybieram. A mnie zwyczajnie nie interesowało bezpieczne odkrywanie basenów hotelowych, ani wycieczka pod hasłem: „Rezerwat tygrysów, Bollywood i Goa”. Interesowało mnie Jeevodaya. Nie chodziło o jakąś szczególną formę heroizmu, misję czy wzniosłą ideę, raczej o zdobycie nowego doświadczenia, o zasmakowanie (dosłownie i w przenośni) Indii, o poznanie Nowego.
Wiedziałam, że nie jadę po to, by zbawiać świat, a raczej po to, aby przez tych kilka tygodni dać „coś” z siebie. A o potencjalnych niebezpieczeństwach nie myślałam. Zwyczajnie nie miałam na to czasu. – Gdybym się wszystkiego bała, to chyba musiałabym spędzić całe życie w domowych pieleszach. I nie wyjechałabym ani na studia do Warszawy, ani na stypendium za granicę... – zaczynałam wyliczankę w odpowiedzi na nadopiekuńcze, często przeszyte lękiem frequently asked questions. Strach ma wielkie oczy, ale ciekawość jeszcze większe.

Czas na wyjaśnienia
Po ośmiu godzinach spędzonych w przestworzach, pięciu godzinach odsiadki na Szeremietiewie w oczekiwaniu na samolot do Delhi i po dwudziestu czterech godzinach – na zmianę – leżenia, siedzenia, czytania, jedzenia, obserwowania, nawiązywania nowych znajomości na charakterystycznej kuszetce Indian Railways znalazłam się w Jeevodaya. W tym samym czasie były ze mną dwie inne wolontariuszki, Ewa i Wiesia. Czym jest Jeevodaya? Najwyższy czas na wyjaśnienia. Jest to ośrodek rehabilitacji trędowatych położony w stanie Chhattisgarh w centralnej części Indii. Został założony w 1969 roku przez polskiego księdza pallotyna Adama Wiśniewskiego ze współudziałem Barbary Birczyńskiej. To placówka charytatywna utrzymywana głównie dzięki wpłatom ofiarodawców z Polski lub Polaków mieszkających w innych krajach świata. Obecnie ośrodek prowadzą: dr Helena Pyz, polska lekarka, misjonarka świecka, a także ojciec Abraham Thylammanal, hinduski ksiądz pallotyn. 
Działalność Jeevodaya przebiega trójtorowo. Po pierwsze, pomoc medyczna. Na terenie ośrodka działa przychodnia prowadzona przez dr Helenę. „Mami”, bo tak mówią do niej mieszkańcy Jeevodaya, przyjmuje pacjentów nie tylko z terenu ośrodka, ale również z okolicznych wsi. Wraz z nią pracują w przychodni wyleczeni, ale naznaczeni piętnem trądu paramedyk i aptekarz. Silna, surowa, wymagająca, a przede wszystkim przepełniona zrozumieniem i dobrem. Na co dzień przekracza nie tylko granice własnej niepełnosprawności, ale też granice dzielące ludzi. Żyje razem z trędowatymi, jest jedną z nich. Podczas badania nie używa rękawiczek, by nie stwarzać dodatkowych barier. „Mami” trzyma tam wszystko. Od dwudziestu jeden lat. 
Po drugie, edukacja. Trąd skazuje na bezwzględne wykluczenie ze społeczeństwa, nawet jeśli tylko jeden z członków rodziny jest chory. Dlatego najczęściej taka osoba jest wydalana nawet ze swojej rodziny. Paniczny strach przed zarażeniem się jest silniejszy niż więzy krwi. Taki sam los spotyka dzieci, których rodzice lub dziadkowie mają trąd. Pomimo tego, że najczęściej są zdrowe lub całkowicie wyleczone, nie mają szansy zdobyć wykształcenia w szkole publicznej. I wtedy właśnie przyjeżdżają do Jeevodaya. Na terenie ośrodka znajduje szkoła, w której kształci się dzieci i młodzież w systemie dwunastu klas. Uczniowie Jeevodaya otrzymują wykształcenie, które jest ich jedyną przepustką do „lepszego” świata. Oddaleni setki kilometrów od swoich domów, uczą się czegoś więcej niż tylko alfabetu. Uczą się samodzielności i obowiązkowości, podstawowych zasad higieny, życia razem z innymi. 
Po trzecie, wsparcie społeczne. Trąd zostawia nie tylko piętno w postaci białych plam na skórze, zdeformowanych kończyn czy głębokich ran. On atakuje również chorego od środka, wyżerając poczucie godności. Dlatego nie ma nic bardziej cennego niż nadać ich życiu sens. W tym przypadku ważnym elementem rehabilitacji okazuje się praca, którą – pomimo fizycznych ułomności – wykonują w ośrodku osoby trędowate. Pracują w przychodni, przy łuskaniu ryżu, w polu, w ogrodzie. Dzięki temu czują się potrzebni. Zaakceptowani. Ważni. 
Ośrodek? Brzmi bezosobowo i formalnie, powiedziałabym raczej społeczność. Miejsce walki o słuszną sprawę. O stworzenie szans na godne życie wszystkim odtrąconym. W tym kontekście dodatkowego znaczenia nabiera słowo Jeevodaya, co w sanskrycie oznacza „świt życia”. 

Tak, jeszcze istnieje 
O trądzie wiedziałam niewiele. Pamiętałam jedynie ewangeliczną historię o uzdrowieniu trędowatego przez Jezusa i sceny z filmu „Ben Hur”. Na tym kończyła się moja (nie)wiedza. Moja pierwsza i zarazem ostatnia wizyta w przychodni podczas zmiany opatrunków dostarczyła mi wielu silnych emocji. Nie wytrzymałam, po kilku minutach po prostu stamtąd wyszłam. Dla nas, żyjących w świecie ajpodów, empetrójek i kart płatnicznych, trąd wydaje się problemem tak odległym jak odległe są od siebie Ziemia i Księżyc. Tak, trąd jeszcze istnieje. To przewlekła choroba zakaźna skóry i nerwów wywołana przez prątki bakterii Mycobacterium leprae, które szczególnie w klimacie tropikalnym mają sprzyjające warunki do rozwoju. Zarazić może się każdy. Jednak ryzyko zachorowania dla zdrowych, dobrze odżywionych, z silnym układem odpornościowym mieszkańców Zachodu jest znikome. Inaczej się dzieje w przypadku ludzi ubogich, najczęściej niedożywionych, a przez to mało odpornych. 
Choroba atakuje nerwy obwodowe, sprawiając, że trędowaty nie czuje bólu. I wtedy najłatwiej o poparzenia, zranienia, okaleczenia, uszkodzenia ciała. Nie pojawia się ostrzeżenie w postaci bólu: „uwaga, ostre, gorące, twarde!”. I dochodzi do „wypadków”. Mężczyzna parzy nogę poprzez dotknięcie rozgrzanego silnika motocykla. Kobieta parzy dłonie podczas przygotowywania posiłków na gorącym ogniu. Ktoś inny traci palec u stopy podczas oglądania telewizji, ponieważ odgryza go szczur. 
Trędowaci. Ze swoimi ranami i deformacjami szczególnie widoczni, ale żyjący jak niewidoczni, bo zepchnięci poza nawias społeczeństwa, do swoich gett-kolonii. Od czasów Ben Hura jednak wiele się zmieniło. Trąd jest leczony. Leczony drogą farmakologiczną i całkowicie wyleczalny! 

Znaleźć miejsce dla siebie 
Każdy mieszkaniec społeczności Jeevodaya ma swoje miejsce i zna swój zakres obowiązków, więc nam, Ausländerom będącym tylko na chwilę, trudno odnaleźć się w tamtej rzeczywistości. Nie ma rozpisanego projektu, nie ma określonego czasu działania od-do, nie ma rozkładu jazdy, planu zajęć jak w Europie. Cała łatwość, a może jednak trudność w tym, by znaleźć miejsce dla siebie. Przestrzeń do działania, które będzie współgrać z tamtejszymi rytuałami i zasadami: porami posiłków, zajęciami szkolnymi, przyjmowaniem pacjentów. Wśród wolontariuszy są głównie medycy, którzy mogą nie tylko podpatrzeć pracę dr Heleny, ale też popraktykować. Najczęściej przyznają, że to dla nich dobry staż, że „takich” przypadków chorób nie znajdą nawet w podręcznikach akademickich. 
A co ja tam robiłam? Moja praca polegała na tym, że po śniadaniu pomagałam tamtejszym opiekunkom w zajmowaniu się maluchami, czyli dziećmi do piątego roku życia. Natomiast po obiedzie prowadziłam konwersacje językowe dla Indusów: Manoja, Sity i Saru, którzy dzięki Sekretariatowi Misyjnemu Jeevodaya i dobroci wielu ludzi mają szansę studiować w Polsce, a na czas wakacji wracają do swoich domów. Chodziło głównie o to, by przez okres letni nie tracili kontaktu z językiem polskim. A wieczorami, na słynnej werandzie przy herbacie, z zainteresowaniem wsłuchiwałam się opowieści dr Heleny. Opowieści o życiu, miłości, nadziei, wierze, chorobach, ludzkich wyborach, dramatach, śmierci. Opowieści fascynujących, radosnych, niezwykłych, smutnych, często też przerażających. 
W tej wolontariackiej codzienności wydarzyło się jeszcze coś nieoczekiwanego. Pewna dziesięcioletnia dziewczynka, Basieńka, skradła mi serce. Dziewczynka z głębokim upośledzeniem umysłowym. Została podrzucona do ośrodka kilka lat temu. Chudzinka o ostrym, a jednocześnie dojrzałym spojrzeniu. Niemowa. Uparta. Je raczej niechętnie. Dopiero dwa lata temu zaczęła chodzić o własnych siłach. Podczas pierwszego spotkania weszła na moje ręce i przez niemal godzinę trzymała się mnie kurczowo. Tak się zaczęło. Chodziłyśmy razem na spacery, siadałyśmy razem przed lustrem, by układać usta przy wypowiadaniu kolejnych sylab: ma, pa, ta, ko. Kiedy mówiłam jej wierszyk o lokomotywie czy o Grzesiu kłamczuchu i jego cioci, po prostu śmiała się. Kiedyś nawet zaczęła próbować powtarzać po mnie „Rani, ana, ana!” („ana” w hindi oznacza „chodź”), kiedy wołałam jedną z jej koleżanek. Widziałam, jak podczas mszy św. próbowała śpiewać. Trzymała rękę na szyi, by wyczuć drgania, tak jak to robiłyśmy przed lustrem. Ostatniego dnia sama przyszła do mojego pokoju, by upomnieć się o spacer. Ponieważ wtedy spałam, czekała na mnie niemal dwie godziny. Już mówiłam, uparta. 

Chyba się zaraziłam 
Tuż po powrocie odwiedziłam dziadków. Podczas pokazu zdjęć okraszonego opowieściami nagle zbiło mnie z tropu pytanie dziadka: - Ale ile Ci tam zapłacili? Zamurowało mnie. Odwaga cywilna wykazała się refleksem: - Jeśli chodzi o dolary, złotówki, euro, rupie, to NIC. Ale i tak zyskałam – uśmiechnęłam się porozumiewawczo do siebie samej. Po chwili dał się słyszeć teatralny szept babci: - Powiedz, że Ci zapłacili na zakończenie...Dla świętego spokoju! No tak, naiwniaczka! Dała się wykorzystać i jeszcze dopłaciła do interesu! Dla własnego świętego spokoju nie będę tłumaczyć i się tłumaczyć. Nie ma z czego. Zrobiłam to, co uważałam za potrzebne. Dla innych i siebie. Kropka. 
Mija kolejny miesiąc od momentu powrotu. I obserwuję, że chyba się zaraziłam. Pojawiły się wszystkie objawy wskazujące na Jeevodaizację. Przede wszystkim comiesięczne Spotkania Młodych Przyjaciół Jeevodaya w Warszawie, podczas których spotykają się pozostali „zarażeni”. Rozmawiamy wtedy na tematy powiązane z życiem Ośrodka, konsumując przy tym indyjskie specjały. Innym razem organizujemy wyprawę rowerową lub pokaz filmowy połączony z dyskusją. Kolejny symptom to pomoc w przygotowaniach do styczniowych obchodów Światowego Dnia Chorych na Trąd. W tym roku przybrały one formę wystawy fotograficznej w podziemiach katedry warszawsko-praskiej o ośrodku Jeevodaya oraz kolonii dla trędowatych w Puri, a także pokazu filmowego o polskim misjonarzu o. Marianie Żelazku, który w 2002 roku znalazł się wśród kandydatów do Pokojowej Nagrody Nobla. 
Last but not least, niezwykła więź, która zrodziła się dzięki pobytowi w ośrodku. Z dr Heleną. Z małą Basieńką, która od niedawna jest moją adoptowaną córką. Zdalnie, ale z sercem. No i czasami pośpiewuję sobie pod nosem: „Tu he asera...”. A to już najgorszy z możliwych symptomów Jeevodaizacji.