|
Wiadomość o śmierci o.
Mariana dostałam podczas urlopu w Polsce.
Szok.
Ból.
Nie umiem inaczej określić.
Czas stanął.
Nic się nie działo.
Tylko w uszach dudniło: o.
Marian odszedł do Pana.
Już Go nie spotkam.
Już nie ma kogoś tak bliskiego,
dobrego,
serdecznego w Puri nad zatoką bengalską.
Potem prośba o świadectwo Jego życia podczas Mszy św.
w Bazylice Świętego Krzyża w Warszawie.
To było prawie niemożliwe.
Poprzedniego dnia miałam zabieg operacyjny nadgarstka,
ręka w opatrunku gipsowym.
Pod koniec Mszy św.
zrozumiałam,
że mojego świadectwa zabraknąć nie powinno,
ale po kilku zdaniach głos mi się załamał.
Powiedziałam tylko,
że Puri,
Indie dla mnie są od tej pory puste.
Wiedziałam,
że wrócę po urlopie do innej rzeczywistości.
Wiedziałam,
że będę musiała kiedyś pojechać do Puri,
żeby zobaczyć jak sobie dają radę po stracie Ojca; żeby pomóc,
jeśli będzie potrzeba.
Wiedziałam,
że ta wizyta będzie boleć,
ale nie chciałam tego unikać.
Czas nadszedł dopiero teraz,
w listopadzie 2006.
Telefonicznie upewniłam się,
czy jest możliwość zatrzymania się w domu rekolekcyjnym,
ostatnim dziele o.
Mariana,
poświęconym w styczniu 2006 roku.
O.
Kurian bardzo się ucieszył telefonem,
zapewnił,
że jest miejsce i że czekają.
Chciałam jeszcze wiedzieć czy najbliższy współpracownik Ojca jest na miejscu,
czy go spotkam.
Pierwsze wzruszenie,
gdy usłyszałam w słuchawce głos Lalita: „a gdzie miałbym być jak nie w sprawach o.
Mariana?” I od razu powiedział mi,
że nie był przy Jego śmierci.
Ten wierny Lalit,
towarzyszący Ojcu wszędzie,
którego plan życia był przylegający do potrzeb Ojca Mariana był w tym czasie nieobecny!
Spotkaliśmy się na stacji kolejowej – prawie nigdy nie ruszałam stąd sama.
Najczęściej osobiście odbierał mnie Ojciec,
był też on sam lub samochód na lotnisku w Bhubhaneswarze,
gdy zdarzało mi się przylecieć samolotem.
Pociąg był spóźniony 3 godz.,
o.
Kurian czekał razem z Lalitem.
W domu dostałam pokój na parterze i od razu zaproszenie na lunch – była pora posiłku.
Mimo obecności 2 Włochów,
którzy przyjechali na kilka dni,
rozmowa od razu potoczyła się w kierunku spraw ważnych dla nas wszystkich od 7 miesięcy.
Lalit jest wychowankiem,
przyjacielem,
pełnił rolę sekretarza,
kierowcy,
czasem doradcy...
przez 25 lat.
W przeddzień śmierci pojechał do Kalkuty spotkać swojego młodszego brata przylatującego z Australii na ślub,
który za kilka dni miał błogosławić o.
Marian.
Wszystko było przygotowane,
bilet lotniczy dla Ojca na 6 maja.
Ok.
11 w nocy rozmawiali przez telefon,
gdy Lalit czekał na brata na lotnisku.
Ojciec zakończył: „już więcej nie będę dzwonił” i drży głos Lalita,
gdy dodaje: „i rzeczywiście już do mnie więcej nie zadzwonił”.
Przez całe 3 dni Lalit podwozi mnie wszędzie,
aby na koniec odwieźć na stację – tak jak to było podczas wszystkich moich wizyt.
Ale ilekroć na chwilę byliśmy razem w samochodzie czy przy stole,
na korytarzu czy przed biurem ciągle wraca jeden temat: jak to wszystko zmieniło się w jego życiu.
Wspomina wszystkie ważne momenty,
jakby nie umiał ani na chwilę oderwać się od tematu.
Rozumiem,
że to moja obecność wywołuje tę powracającą falę.
Praca i miejsce to samo – brak Człowieka,
który był motorem wszystkiego,
którego wizje i marzenia realizowali tak wytrwale razem.
Minęło 7 długich miesięcy – poczucie braku,
pustki to samo...
O.
Kurian był przy Ojcu w chwili zakończenia życia – to szczególna nagroda za ostatnie 3 lata wspólnoty życia i pracy.
Potem wszystko osobiście załatwiał.
Opowiada mi szczegóły związane z pierwszymi chwilami po śmierci,
pogrzebem i tym,
jak podjął Jego pracę po powrocie do Puri.
Miałam pytania,
trochę żal,
że wybrali miejsce pochówku tak daleko od Puri.
Dowiedziałam się,
że Ojciec Marian sam wyraził takie życzenie wielokrotnie i do różnych osób – przestałam mieć wątpliwości.
Nikt tak naprawdę nie jest przygotowany na odejście bliskich.
Można sobie to wyobrazić,
ale i tak moment Odejścia jest nie do przewidzenia.
Można dziękować Panu Bogu za cud życia,
ale po śmierci czuje się samotnym i opuszczonym.
O.
Kurian mówi mi,
że często czuje błogosławieństwo Ojca Mariana w tej pracy.
Wszyscy,
którzy na co dzień czy sporadycznie przychodzili mają teraz sprawy do o.
Kuriana.
Ale nie są wolni od porównań,
co tak bardzo czasami ciąży.
W uzgodnieniu z władzami Zgromadzenia Werbistów i Biskupem miejsca po kilku dniach formalnie podjął kontynuację prac Ojca.
Jest wiele spraw ludzkich nie cierpiących zwłoki,
zobowiązań,
które muszą być podjęte.
Postanowiono pozostawić miejsce,
gdzie Ojciec Marian mieszkał przez ostatnie lata tak,
jak było w dniu Odejścia do domu Pana.
Jego skromny pokoik,
gdzie spał i przyjmował interesantów,
czasem gości,
obok jest mała jadalnia,
przyległy pokój gościnny – po połączeniu tych pomieszczeń ma powstać pokój pamiątek po Ojcu,
wystawa ilustrująca jego życie i dokonania.
Teraz w gościnnym jest tymczasowe biuro o.
Kuriana – ciągle oblężone.
Nieuniknione są obawy i lęki o przyszłość wszystkich zaczętych i rozwiniętych działań Ojca Mariana.
W pomoc dla Jego dzieł włączało się wielu Polaków,
ale i inni Darczyńcy.
Czy będą kontynuować swoje zaangażowanie,
czy nie zabraknie na codzienny chleb dla najbardziej potrzebujących,
na pomoc w kształceniu dzieci z kolonii dla trędowatych,
czy chorzy mogą nadal liczyć na leki,
opatrunki i obuwie ortopedyczne? A jak monsun uszkodzi dach domku kto pomoże to naprawić? Czy utrzyma się ogród i przędzalnia,
szwalnia – kto zadba o rynek zbytu na produkty?
Podczas wizyty w kolonii rozpoznawano mnie choć próbowałam przejść niezauważona.
Rozumiem język orija – zatrzymywały mnie kobiety i dzieci – w ich głosach słyszałam skargę,
nieutulony żal: nie ma naszego Ojca.
Kilku mężczyzn przyłączyło się i każdy chciał opowiedzieć jak przeżyli Stratę i jak jest dzisiaj.
W kuchni miłosierdzia ten sam pan pozbawiony palców prowadzi rejestr osób potrzebujących codziennej strawy,
jest ich na dziś dużo.
W szpitaliku paramedycy i personel pomocniczy opowiadają,
jak sobie radzą.
Na chwilę zaglądam do szkoły.
W internacie 55 dzieci,
większość to chłopcy.
Są już tacy,
przyjęci w tym roku szkolnym,
którzy O.
Mariana nie znali,
ale większość od razu kojarzy mnie z Polską,
krajem Ojca.
W niedzielę uczestniczę w Eucharystii w kościele parafialnym,
tak ważnym i bliskim – to pierwsze dzieło Ojca w Puri,
jego chluba i w dużej mierze dar z Polski.
Ojciec barwnie mi kiedyś opowiadał historię powstania,
transportu i montażu elementów wystroju wnętrza,
kłopotów i radości,
gdy ukończył.
Tak lubię ten kościół,
każdy element jest swojski.
W następne dni Msza św.
jest w ashramie,
Ojciec towarzyszy nam w dużym zdjęciu pod ołtarzem.
Wszędzie jest tak dobrze,
bo można czuć Jego bliską wciąż obecność,
stąpać śladami jeszcze wyraźnie widocznymi.
I spotykać ludzi,
których kochał,
którzy Go kochali.
Manju płacze opowiadając o Stracie – „nikt już nie będzie nas tak kochał”.
Przypomina dni,
gdy czuwali nad jego snem,
niepokoili się i modlili gorąco,
gdy chorował.
Surendra zapłakał dopiero przy pożegnaniu.
Czy on ‘chleboczek’,
który Ojciec zawsze dla mnie kazał piec przeżywa jak Jego testament? Miał żal,
że nie wiedział,
kiedy wyjeżdżam: „przecież jeszcze dziś rano zdążyłbym upiec” załkał,
ale popatrzył na mnie uważnie i chyba zrozumiał,
że to ja nie chciałam niczego „wymagać” czy „żądać” dla siebie,
że dla mnie fakt Nieobecności to też duża zmiana i tylko poprosił,
żebym w przyszłości ZAWSZE mu powiedziała...
Listopad 2006 (HP)
|
Postanowiłam zabrać na tę uroczystość kilka osób – tych,
którzy inaczej takiej okazji nie mają,
moje dzieci,
które mają wakacje,
ale nigdzie nie wyjeżdżają.
Pobyt,
nawet krótki nad nieznaną „wielką wodą” jest wyjątkową atrakcją.
Ale i poznanie innego rodzaju pracy na rzecz osób dotkniętych trądem też jest ważne dla moich współpracowników.
Namówiłam na tę podróż s.
Adelę z Bangalore,
gdzie pracuje z ociemniałymi,
ponieważ w tym czasie wybierała się na krótko do nas i s.
Stefanię z Ramgarh,
która organizuje pomoc dla trędowatych; obie znały o.
Mariana.
Podróż ok.
20-to godz.
do Puri zaczęła się w piątek 27.4 i była wygodna,
choć dostaliśmy miejsca do leżenia z listy oczekujących,
a więc trochę rozrzucone po różnych wagonach.
Na miejsce dojechaliśmy wynajętym jeepem,
który zabrał też moje „dzieci” na wycieczkę do Konarku w poniedziałek.
Natomiast nie przyjechał,
mimo umowy,
żeby nas zabrać na stację we wtorek,
ale na szczęście przygoda ze spóźnieniem się ok.
15 min na pociąg powrotny skończyła się dobrze – niezwykle życzliwy kierownik ruchu zatrzymał dla mnie pociąg na prośbę moich dzieci,
które dobiegły wcześniej.
W sobotę czekaliśmy z lunchem na gości z Polski.
Przyjechało 14 osób,
wśród nich młodszy o rok brat o.
Mariana,
Wacław.
Niezwykle podobny pod każdym względem,
wychowywali się właściwie wspólnie aż do ukończenia szkoły w Polsce.
Przybyło 6 przedstawicieli polskiego Parlamentu,
co było ważne dla miejscowych ludzi.
Jakiekolwiek okazanie zainteresowania,
życzliwości,
gesty przyjaźni pomagają naszym trędowatym odczuwać,
że misja o.
Mariana trwa.
W grupie było też 2 Werbistów i przedstawiciel Maitri z Warszawy.
Wieczorem Msza św.
koncelebrowana w maleńkiej kaplicy aśramu o.
Mariana była bardzo wzruszająca – dla przybyłych po raz pierwszy w to miejsce była jakby spotkaniem z Nim.
Następnego dnia,
w niedzielę 29.
kwietnia,
uroczysta celebra w języku oriya w kościele parafialnym,
pierwszym dziele o.
Mariana,
gdy rozpoczął pracę jako proboszcz w Puri.
Było kilkunastu księży z abp.
Bhubaneshwaru,
Raphaelem.
A o 5 wieczorem bogaty program obchodów rocznicy śmierci połączonej z 25-leciem szkoły Beatrix na terenie tejże.
Szkoła integracyjna dla dzieci z kolonii trędowatych i innych z okolicy istnieje dzięki sponsorom z Belgii.
Modlitwa przedstawicieli różnych religii przeplatana występami dzieci,
wspomnieniami,
przemówieniami to piękne uhonorowanie Człowieka,
który na rzecz dialogu międzyreligijnego swoją postawą pomocy każdemu zrobił więcej niż organizacje międzynarodowe.
W poniedziałek,
dzień śmierci o.
Mariana przed rokiem,
Mszę św.
poprzedziły refleksje o Jego życiu w pokoju,
gdzie mieszkał.
Tam też rozpoczęła się liturgia czytań,
część zasadnicza już w kaplicy,
po drugiej stronie stawu,
gdzie doszliśmy procesyjnie,
ze śpiewem.
Przed południem dzieci ze szkoły Beatrix w tym samym miejscu modliły się,
śpiewały i tańczyły – wszystko to pięknie przygotowane z pomocą nauczycieli.
Po krótkiej przerwie poszliśmy do kolonii,
aby i tam uczcić pamięć Ojca.
W tym roku święto,
w którego obchodach brał udział o.
Marian przed rokiem i tam zakończyło się Jego ziemskie pielgrzymowanie,
przypadło 20 kwietnia.
Dlatego w to samo święto,
już przed 10 dniami,
mieszkańcy kolonii odsłonili ufundowany przez siebie pomnik Ojca naturalnej wielkości przed wejściem do szpitala.
Wzruszający był moment,
gdy p.
Wacław,
po nałożeniu girlandy kwiatów na pomnik przytulił się do pomnika...
Długo jeszcze chodziliśmy po terenie kolonii i odpowiadałam na mnóstwo pytań polskich uczestników uroczystości,
tłumaczyłam wypowiedzi mieszkańców,
pokazywałam szczegóły detalicznej troski o.
Mariana o swoich podopiecznych.
Jeszcze długo w nocy snuliśmy refleksje z uroczystości w polskim gronie.
A następnego dnia po Mszy św.
dziękczynnej pożegnałam się ze wszystkimi i z pewnymi przeciwnościami losu wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu.
19.05.07 H.Pyz
|