|
Nie jest łatwo pisać o Przyjacielu.
Nie dlatego,
że wszystko jest tak bardzo osobiste,
intymne,
trudne do opisania,
przekazania,
że tak boli Jego odejście.
Przede wszystkim dlatego,
że obecność przyjaciela w drugim człowieku jest wszechstronna,
ogarniająca wiele dziedzin życia,
nie umiejscowiona w czasie,
trudna do ogarnięcia,
do nazwania – ta obecność trwa nawet po rozstaniu na ziemi.
Mam wewnętrzne przekonanie,
że stosunek ks.
Stanisława do mnie mogę nazwać przyjacielskim.
Zawsze mogłam na niego liczyć.
Wystarczyło,
że udało się dodzwonić (był przecież tak ruchliwy i często nieobecny w domu,
a telefonów komórkowych jeszcze nie było),
żeby usłyszeć – przyjedź,
jestem,
czekam lub inne serdeczne zaproszenie.
Zawsze znajdował dla mnie chwilę,
zgodnie z nauką Prymasa Wyszyńskiego: „czas to miłość”.
Nie pamiętam daty ani okoliczności poznania ks.
Stanisława Kuracińskiego; było to w okresie,
gdy działał w Otwocku.
Od czasu,
gdy rozpoczął organizowanie Sekretariatu Misyjnego w Ząbkach więź ta stała się bliższa i częstsza.
Sam odwiedzał też nasz dom z posługą kapłańską,
jeśli była taka potrzeba.
W latach 80.-tych pracowałam w przychodni rejonowej w Ząbkach,
miałam też zajęcia w Szpitalu,
a ponieważ w drukarni na Wilczej było coraz więcej pracowników,
przez pewien czas pełniłam tam funkcję lekarza zakładowego.
Myślę,
że przyjaźń często rośnie właśnie tak,
w zwyczajnych zdarzeniach życia,
w okolicznościowych spotkaniach związanych z pracą,
niezauważalnie – rodzi się zaufanie,
zadzierzgają więzy.
Wielokrotnie ks.
Stanisław pomagał mi osobiście czy mojej wspólnocie w sytuacjach trudnych.
Miał wiele pomysłów,
by zaradzić jakiejś kolejnej biedzie,
służył radą,
dodawał otuchy,
otwierał serce i często hojne dłonie.
Przed blisko 20 laty usłyszałam o Ośrodku rehabilitacji trędowatych w Indii – stało się to źródłem inspiracji dla mnie.
Ilekroć myślą czy słowem wracam do tego zdarzenia wiem,
że ks.
Staś był narzędziem,
wykonawcą,
że było to Boże wezwanie.
Niemniej pójście za tym Głosem i wytrwanie w Jeevodaya do dziś jest dla mnie nierozerwalnie związane z przyjaźnią,
jaką cieszyłam się ze strony ks.
Stanisława.
W atmosferze radości świętowania imienin kilkanaście osób słuchało opowiadania Księdza,
który właśnie wrócił z wizytacji polskich misji pallotyńskich rozrzuconych w świecie.
Usłyszałam,
że kilkanaście tysięcy osób dotkniętych trądem zostanie bez opieki lekarskiej po,
spodziewanej już z powodu choroby nowotworowej,
śmierci Założyciela Jeevodaya,
ks.
Adama Wiśniewskiego SAC.
Tylko to zdanie zostało mi w uszach ze wszystkich barwnych opowieści.
Zaraz następnego dnia rano zajechałam na Wilczą,
żeby powiedzieć ks.
Stanisławowi,
iż jestem gotowa jechać,
aby włączyć się w pracę Jeevodaya.
I zapewne od tej chwili przyjął On na siebie rolę wspierania tego Ośrodka w mojej osobie.
Począwszy od przedstawienia mnie listownie ks.
Adamowi do swojej śmierci.
Wiadomość o tym bolesnym fakcie dotarła,
gdy byłam już w drodze na urlop w Polsce.
Zaledwie 2 dni wcześniej dowiedziałam się,
że miał udar mózgu,
ale stan zdrowia poprawia się i myśli o rehabilitacji.
Tuż przed tym wyjazdem odebrałam jeszcze przesyłkę książek z krótkim liścikiem od ks.
Stasia.
Jak zwykle planowałam niemal pierwsze kroki skierować tym razem nie do Ząbek,
a do wołomińskiego szpitala.
Na lotnisku w Warszawie dowiedziałam się,
że już Go nie spotkam na ziemi.
Mogłam tylko pożegnać się z Nim i oddać Mu ostatnią posługę w kaplicy w Ołtarzewie.
Misja w Indii nie podlegała polskiej prowincji,
odwiedziny władz tejże w 1986 roku to była wizyta braterska.
Ks.
Adam,
Założyciel ośrodka dla osób dotkniętych trądem,
jedyny lekarz i opiekun chorych,
nie zdążył przed śmiercią wysłać mi zaproszenia.
Dopiero w rok po jego śmierci mogłam przygotować się do wyjazdu.
Ks.
Stanisław znał trudne realia miejsca i z własnych obserwacji i z korespondencji,
jak również moje ograniczone możliwości.
Nie zachęcał zbyt usilnie,
ale cieszył się,
że świadomie podjęłam to wyzwanie i zadanie.
Bardzo uroczyście i jednocześnie serdecznie „wyprawił” mnie w moją pierwszą podróż do miejsca przeznaczenia podczas Mszy św.
w Domu wspólnoty.
I później wielokrotnie przy okazji urlopów w Polsce sprawował liturgię eucharystyczną witając mnie po kolejnych etapach lub żegnając przed następnym.
Trochę mnie zdumiewał,
gdy przedstawiając komukolwiek podkreślał,
zdawało mi się – wyolbrzymiał,
rolę,
jaką pełnię w Jeevodaya.
Wiem,
że dla Niego to było ważne – przecież jak nikt znał ten Ośrodek.
Pisywałam do Niego dość często,
szczególnie w trudnych chwilach,
gdy przeżywałam kłopoty,
a były one różnej natury.
Od Niego dostawałam odpowiedzi krótkie,
ale jasne,
sensowne rady,
wyrażające zrozumienie sytuacji,
ciepłe słowa zachęty.
To była ważna korespondencja.
Nie miałam pojęcia o „prowadzeniu” instytucji jaką już wtedy był Ośrodek.
Musiałam poszukać sponsorów,
większość dotychczasowych zaniechała swojej pomocy po śmierci ks.
Wiśniewskiego – przez 1½ roku nie mieli informacji o miejscu.
Sama nie miałam grosza nawet na bilet lotniczy,
gdy wróciłam po wizę na pobyt stały.
Brakowało ich dramatycznie na wszystko: na leki,
prąd elektryczny,
pensje dla pracowników,
ale przede wszystkim na codzienny ryż.
Nie miałam pojazdu,
żeby się swobodnie poruszać,
a poza zakupami,
sprawami w urzędach,
trzeba było obsłużyć chorych w przychodniach wyjazdowych,
gdzie cierpliwie czekali potrzebujący.
Przez 8 pierwszych,
najtrudniejszych lat,
byłam tam sama; właśnie pomoc ks.
Stanisława była prawie jedynym oparciem.
Na początku miałam tylko 2 wątpliwości: jak sobie poradzę z barierą języka i czy moje kalectwo nie będzie przeszkodą.
Usłyszałam: „wszyscy rozumieją język miłości” oraz,
że ks.
Adam pod koniec życia poruszał się na wózku.
Problemy zwaliły się na mnie w chwili,
gdy współzałożycielka Ośrodka,
s.
Barbara Birczyńska zostawiła mi odpowiedzialność zań w kilka miesięcy po przyjeździe.
I rosły lawinowo.
Dziś mogę powiedzieć,
że to wierna,
przyjazna „obecność” ks.
Stanisława pomogła mi przetrwać.
Wspierał każdą inicjatywę.
Był jednym z pierwszych biorących udział w adopcji serca moich dzieci,
gdy dowiedział się o takiej formie pomocy.
Jestem Mu wdzięczna,
że zechciał być dla mnie wyrazicielem Bożej Opatrzności.
Mogę też z pełnym przekonaniem napisać,
że dzięki Jego przyjaznej obecności przetrwało Jeevodaya.
Dziś znów pomagają tam Pallotyni i Ośrodek prosperuje dobrze.
Ale tamte „chude lata”,
samotne zmaganie się o zachowanie dzieła,
które jest domem dla trędowatym,
często „świtem nowego życia” dla nich i ich dzieci – było prawdziwą batalią,
wygraną w dużej mierze dzięki pomocy ks.
Stanisława.
Dziękując Panu Bogu za wspaniałe życie sługi Jego,
Stanisława,
proszę o nagrodę wieczną za wielkie rzeczy,
które działy się za Jego pośrednictwem w moim życiu.
Helena Pyz,
marzec 2006
|